Rytuał kontra etyka

Jeremiasz, którego słowa mędrcy wybrali, jako haftarę do parszy Caw, nawiązuje do jednego z głównych motywów obecnych u proroków: Bóg pragnie przede wszystkim czystości serca, etycznego postępowania i wypełniania Tory, a nie ofiar i krwawych rytuałów. Wypełnianie rytuałów jest tak kuszące, dające tyle satysfakcji (przede wszystkim egoistycznej), tyle poczucia dobrze spełnionego obowiązku, że zapomina się, by zachować dystans i dostrzec pełny obraz sytuacji. Niesamowicie rozbudowany system ofiar i rytuału nie był celem samym w sobie, lecz środkiem, narzędziem dotarcia do Boga, autorefleksji, zachowania skromności, wyrażenia skruchy i powrotu na właściwą ścieżkę. Niestety, dla wielu (zarówno w czasach Amosa, Jirmjahu czy Michy, jak i dziś) rytuał stał sie celem samym w sobie, obsesją przyćmiewającą wszystko inne. Dodatkowo, w czasach starożytnych, rytuał żydowski nie różnił się aż tak bardzo od rytuałów ludów sąsiadujących. Wspominałam już, że rytuał ofiar nie jest jakimś czysto żydowskim wynalazkiem, lecz raczej adaptacją już istniejących od tysiącleci rytuałów składania w ofierze zwierząt, produktów rolnych, a czasem nawet ludzi, w celu przebłagania bogów lub okazania wdzięczności i radości. Nie dziwi zatem, że przez cały wczesny okres Judaizmu Żydzi mieli problem z jasnym dostrzeganiem granic między „naszym” rytuałem, a „obcym”. Czasem było to wykorzystywanie obcych praktyk by czcić własnego Boga, czasem było to składanie ofiar obcym bogom (lub bogom miejscowym, gdyż nigdy  Żydzi nie żyli jedynie sami z sobą, a szczególnie nie u początków państwowości).

Prorocy skupiali się na obu problemach – zarówno na myleniu celu ze środkiem, jak i na awoda zara (bałwochwalstwie). Opłakiwali tych, którzy chętnie przyprowadzali tłuste byczki na ofiary, lecz nikczemnie zachowywali się wobec biedoty. Bóg (poprzez proroków) wielokrotnie woła – czyż ja pragnę tego tłuszczu i zapachu spalonego mięsa? Nie! Pragnę skruszonego serca, złamania kajdan niewolników, uwolnienia ludzi i, w skrócie, etycznego postępowania wobec innych ludzi.

Jak wiemy, w judaizmie tradycyjnie mówi się o 613 micwach. Istnieją różne systemy dzielenia ich na kategorie. Jednym z tych systemów jest podział na micwot bein adam lechawero (micwy określające relacje międzyludzkie) oraz micwot bein adam lemakom (micwy określające relacje człowieka z Bogiem – głównie rytuał). W pierwszą kategorię wchodzą wszystkie prawa budujące podstawy społeczeństwa – kryminalne, cywilne, ustanawiają proces sądowy, dochodzenie odszkodowań, zakazują kradzieży i mordów. Ale również obejmują wszystkie prawa etyczne, prawa, których nie znajdziemy w zwykłych kodeksach prawnych – o godnym traktowaniu przybysza (imigranta), o uczciwym prowadzeniu interesów, o ochronie praw najsłabszych osób w społeczeństwie. Zakazujących łapówek, zawstydzania, łamania praw biedoty, służby czy podwładnych. Dużo łatwiej jest przyprowadzić byczka kapłanom i czuć się jak milion dolarów, niż minuta po minucie prowadzić życie uczciwego człowieka. Łatwiej zaostrzyć kaszrut i założyc tfilin codziennie, niż witać każdego ciepło, bez względu na to, kim ta osoba jest. Łatwiej jest obsesyjnie sprawdzać długość spódniczek (szczególnie u innych), niż z szacunkiem i godnością traktować biednych i słabych.

Prorocy wypowiadają się jasno: Bóg może poczekać na rytuał, aż będziesz gotowy by to wypełnić w czystości serca. Ludzie nie mogą czekać na terminową wypłatę czy pomoc w przetrwaniu kolejnego dnia. Bóg brzydzi się rytuałem zbudowanym na niesprawiedliwości etycznej, na prześladowaniu innych. Nie można było w czasach Jirmejahu czy Amosa przyprowadzić najpiękniejszego i najdroższego byczka do świątyni i czuć, że wypełniło sie wolę Boga, jeśli pieniądze na tego byczka zdobyło się kosztem innych, oszukując i naciągając. Tak i dziś nie można zasłaniać się choćby i fanatycznym wypełnianiem rytuału, jeśli buduje się go na nieetycznym traktowaniu, tych, wokół nas – poczynając od własnej rodziny, dzieci, sąsiadów, współpracowaników, przez osoby na zmywaku w restauracji, którą wspieram swoją w niej obecnością, nieznajomych mijanych na ulicy, potrzebujących, od których odwracam wzrok, poniżając (choćby tylko w myślach, nie mówiąc już słownie lub fizycznie) aż po tych, którzy nie są mi do niczego potrzebni (bo najczęściej dość dobrze traktujemy tych, od których zależy nasze życie, praca, zarobki itp) – a szczególnie, jeśli to „inni” (gerim) w społeczeństwie albo jego „wdowy i sieroty”, czyli osoby najbardziej narażone, najsłabsze ogniwa – w każdym społeczeństwie mogą to być inne grupy.

 

Beszem Jaakow, beszem Israel

ב  כֹּה-אָמַר יְהוָה עֹשֶׂךָ וְיֹצֶרְךָ מִבֶּטֶן, יַעְזְרֶךָּ:  אַל-תִּירָא עַבְדִּי יַעֲקֹב, וִישֻׁרוּן בָּחַרְתִּי בוֹ

(2) Tak mówi Pan, który cię uczynił, i który cię ukształtował zaraz z żywota matki, i który cię wspomaga: Nie bój się Jakóbie, sługo mój! i uprzejmy, któregom wybrał. .

ג  כִּי אֶצָּק-מַיִם עַל-צָמֵא, וְנֹזְלִים עַל-יַבָּשָׁה; אֶצֹּק רוּחִי עַל-זַרְעֶךָ, וּבִרְכָתִי עַל-צֶאֱצָאֶיךָ

(3) Bo wyleję wody na pragnącego, a potoki na suchą ziemię; wyleję Ducha mego na nasienie twoje, i błogosławieństwo moje na potomki twoje.

ד  וְצָמְחוּ, בְּבֵין חָצִיר, כַּעֲרָבִים, עַל-יִבְלֵי-מָיִם

(4) I rozkrzewią się jako między trawą, i jako wierzby przy ciekących wodach. .

ה  זֶה יֹאמַר לַיהוָה אָנִי, וְזֶה יִקְרָא בְשֵׁם-יַעֲקֹב; וְזֶה, יִכְתֹּב יָדוֹ לַיהוָה, וּבְשֵׁם יִשְׂרָאֵל, יְכַנֶּה

(5) Ten rzecze: Jam jest Pański, a ów się ozowie do imienia Jakóbowego, a inny się zapisze ręką swą Panu, i imieniem Izraelskim będzie się nazywał.

[tłum. wg Biblii Gdańskiej]

Powyższy fragment pochodzi z Księgi Iszajahu (44, 2–5), i jest częścią haftary do parszy Wajikra. Deutero-Izajasz zajmuje się głównie pocieszaniem narodu, który przeszedł przez straszne tragedie, i który potrzebuje nadziei, by przetrwać. Powyższe słowa z pewnością dodawały otuchy rozbitemu ludowi, potwierdza, że jest on nadal „wybranym” przez Boga, że jego dzieci i ich dzieci, nadal będą cieszyć się Boską łaską.

Ciekawi mnie szczególnie ostatni pasuk. „Ten powie: jestem dla Boga, ten będzie wzywał imieniem Jaakowa, a ten zapisze swą rękę Bogu, i imieniem Israela będzie się nazywał”. Bardzo mi się tu podoba podkreślenie indywidualnego wyboru. Ludzie będą sami wybierali podporządkowanie się Bogu i identyfikację z narodem żydowskim. Bo jak długo może działać przymus? Wprawdzie większość z nas Żydami się rodzi, wszyscy musimy wybrać by nimi być – by się utożsamiać z historią, przejściami, nadziejami, tradycjami… By chcieć kontynuować tradycję w osobisty sposób – by również dodać do niej własny głos. Iszaja nie mówi o ślepym posłuszeństwie lecz o wolnym wyborze, o przyłączeniu się do tej ogromnie różnorodnej społeczności, mieniącej się wielobarwnymi tradycjami, różniącej się w wielu aspektach – od tego, jak wymawia się modlitwy, w jakim stopniu przestrzega się micwot, jaki ma się stosunek do polityki, lub kwestii LGBT, aż do różnic w pochodzeniu, kolorze skóry i osobistych doświadczeniach. Wszystkich nas łączy jedno: nazywamy siebie „beszem Israel”.

Zabawy ogniem

I tak oto wiemy, że JHWH jest Bogiem - ogień spada z nieba!

Wprawdzie jedną nogą jesteśmy już w Szabacie Wajakhel, ja ciągle jeszcze rozmyślam o Ki Tisa. A konkretniej – o haftarze do tej parszy. Po jakże dramatycznych przeżyciach wokół grzechu Złotego Cielca, mamy równie dramatyczną scenę konfrontacji proroka Eliahu z kapłanami Baala. I tu brak subtelnych rozważań filozoficznych, mamy za to dość brutalną i bardzo fizyczną w swym wymiarze lekcję teologii. Zadanie jest proste: zróbmy zawody kogo bóg jest lepszy. Obie drużyny mogą zbudować kopiec ofiarny, ale ogień ma przyjść od boga. Eliahu ma wyjątkową radochę kpiąc z kapłanów Baala, wyśmiewając ich i drwiąc z ich praktyk. Jak wiemy, wszystkie tańce, rytuały i modlitwy na nic się zdały – ich kopiec ofiarny nie został strawiony. Eliahu nie tylko, że przygotował swój własny kopiec – oblał go dodatkowo wodą, aby jeszcze trudniejszym okazało się to zadanie (choć logika tu dziwna… albo bóg jest i może zrobić wszystko, albo go nie ma – a wtedy nie ma różnicy czy kopiec jest łatwo- czy trudnopalny…). W chwilę po tym, gdy Eliahu zawołał do Boga, ogień się pojawił i pochłonął ofiarę przygotowaną przez niego. Nic więcej nie było konieczne – zgromadzony lud uwierzył, że to faktycznie JHWH jest Bogiem, padł na ziemię i głośno wykrzyknął: JHWH jest Bogiem! (które to słowa wołamy gromko pod koniec Jom Kipur).

After party u Eliahu

Oczywiście impreza tego rodzaju nie mogła się zakończyć jedynie wzniosłymi okrzykami – podobnie, jak i w historii Złotego Cielca, zakończyła się krwawą jatką – pojmano bowiem wszystkich kapłanów Baala i zamordowano (czy też Eliahu ich zamordował wg Tanachu).

Szczerze mówiąc, to sama nie wiem co myśleć o tej historii. Z pewnością było to wielkie widowisko i jedyny moment, gdzie tak dosłownie porównano moc bogów/Boga. Dziś oczywiście by już to nie wyszło, bo i Eliahu mógłby tańczyć i modlić się do upadłego, jego kopiec pozostałby suchy…

Judaizm jest fascynującą mieszanką wzniosłych, ezoterycznych i filozoficznych idei, z wierzeniami i zabobonami z pogranicza magii i szamanizmu. Oczywistym jest, że religia o tak długiej historii będzie takim właśnie zlepkiem, że jest w niej zarówno coś dla osoby o filozoficznym nastawieniu, jak i coś dla prostej duszy łaknącej łatwej receptury zrozumienia świata.

Z historii Judaizmu wiemy jednak, że cuda nie zmieniają ludzi w sposób trwały – czy to rozstąpienie się Morza Sitowia, plagi, wielki dramat z Eliahu w roli głównej, czy ożywianie zmarłych – ludzie są poruszeni, wstrząśnięci i w danym momencie zupełnie oddani Bogu – ale wkrótce opadają emocje, a ludzie wpadają z powrotem w swoje stare zwyczaje i grzeszne postępowanie. Tylko wytrwały, codzienny wysiłek naprawdę nas zmienia. Gdy raz postanowię coś zrobić dla swej kondycji fizycznej i pójdę do siłowni na 8 godzin, to wiele nie osiągnę (poza obolałymi mięśniami). By dokonać prawdziwej i trwałej zmiany muszę chodzić na tę siłownię regularnie, przez długi okres czasu. Tak samo z kondycją moralną – nie wystarczy raz w życiu dać milion dolarów na cedakę by zmienić swojego ego. Bardziej skuteczne byłoby codzienne odkładanie kilku groszy w tym celu.

I to właśnie dlatego wielkie show Eliahu na nic się nie zdało. Bardzo szybko ludzie powrócili do starych zwyczajów, odrzucając naukę Boga i popadając w bałwochwalstwo.

Wspaniała! Oszałamiająca! … ale kto zapłacił rachunek?

Haftara do parszy Teruma nie jest zaskoczeniem – przedstawia budowanie Świątyni Jerozolimskiej przez króla Szlomo (Melachim Alef). Wielki przepych i ogromna skala przedsięwzięcia mają podkreślić pozycję, jaką uzyskał król Szlomo nie tylko w swoim królestwie, ale i pośród sąsiadów.

Inaczej jednak przedstawia się ten obraz gdy wiemy, jak panowanie Szlomo się skończyło. Opisy, które tu czytamy – o nałożeniu ogromnego podatku na lud Israela, o dziesiątkach tysięcy ludzi pracujących w kamieniołomach, przy przenoszeniu materiałów (z Libanu i innych miejsc) oraz przy samej budowie miały z pewnością zaprzeć dech w piersiach w podziwie… Ale jak dla mnie są obrazek ogromnego wyzysku i ucisku. Tysiące ludzi zostały wyrwane z własnej ziemi i obowiązków by niewolniczo pracować dla Szlomo. Ogromne podatki, które musieli płacić (poza plemieniem Jehudy) doprowadziły do bunty zaraz po śmierci króla, a następnie rozpadu królestwa na Północ (Israel) i Południe (Jehuda).

Trudno sobie wyobrazić historię Żydów, Israela i Judaizmu bez Świątyni Jerezolimskiej… należy jednak pamiętać także i o cenie, którą „zwykli” obywatele musieli zapłacić za jej powstanie, a także jak dramatyczny w skutkach był ucisk podwładnych.

Swoją drogą ciekawe czy Judaizm byłby możliwy bez Świątyni. Wiemy, że przeżył bez niej dwa tysiące lat i ma się lepiej niż nigdy… ale czy przetrwałby wtedy, gdy kult ofiarniczy był praktycznie jedyną formą religijności, jaką znano? Judaizm potrzebował setek lat by się rozwinąć na wielu płaszczyznach, szczególnie w dziedzinach filozofii i etyki. Dziś trudno sobie wyobrazić Judaizm z krawawymi ofiarami, wydaje się to wręcz odrażające. Wtedy jednak wydawało się niezbędnym elementem religii.

Niewolnictwo jest złem.

Niewolnictwo było zaakceptowaną sytuacją społeczną w starożytnym świecie Tory. Opracowano prawa otaczające to zjawisko, lecz nie było specjalnie komentarza moralnego na temat samego zjawiska. Niewolnictwo w tamtych czasach nie było dokładnie takie, jak dziś je postrzegamy. Wielokrotnie oznaczało ono przymusową, kilkuletnią pracę by spłacić długi. W Torze nie ma osobnego słowa oznaczającego „niewolnik”, słowa owedawadim, pochodzą od korzenia oznaczającego pracę. Tym samym słowem określony robotnik, pracownik, ale także sługa – Mosze określony jest wielokrotnie jako „ewed Haszem”, sługa Boży.

Tora rozróżnia jednak między awadim o różnym pochodzeniu etnicznym. Inaczej traktuje się Hebrajskich awadim, którzy znaleźli się w tej sytuacji zazwyczaj z powodu biedy i długów. Zgodnie z Torą wszyscy przypisani słudzy muszą być wypuszczeni na wolność wraz z nadejściem roku szabatowego.

W haftarze do parszy miszpatim opisaną mamy trudną sytuację społeczną, gdzie stary system przetrzymywania służby i przypisanych pracowników zaczyna być podważany sam w sobie. Nie tylko, że słudzy mają być uwolnieni – ale nigdy więcej nikt nie ma zniewolić brata lub siostry (czyli innego Żyda).

Jirmejahu usłyszał pewnego dnia słowo Boga – że Żydzi nigdy więcej nie mogą zniewolić innego Żyda. Wprawdzie po przymierzu podpisanym przez króla Cidkiję ludzie uwolnili swoich niewolników, lecz wkrótce ich z powrotem zniewolili. Bardzo krótko trwała reforma społeczna… Nie jest to jednak zaskoczeniem – sama proklamacja uwolnienia ludzi nic nie da, jeśli nie stworzy się systemu umożliwiającego tym ludziom zbudowanie życia na wolności. Inaczej są oni bardzo podatni na skrzywdzenie i wykorzystanie. Nie mając gdzie się udać, wracają do poprzedniego pana. Tak, jak Żydzi wychodzący z Egiptu za każdym razem, gdy pojawiał się problem, chcieli oni wracać do starego, znanego świata – nawet, jeśli oznaczało to zniewolenie. Jirmejahu bardzo ostro potępia takie zachowanie.

Zgodnie z proroctwem Jirmejahu, ludzi spotka właściwa kara zgodnie z zasadą mida keneged mida – miara za miarę, czyli kara symbolicznie nawiązująca do popełnionego czynu. Żydzi nie posłuchali nakazu Boga, nie przestrzegali praw Juwel by uwolnić swe sługi. Żydzi nie wypełnili nakazu by obwieścić dror (wolność) i dlatego Bóg obwieszcza innego rodzaju dror dla nich: będą „wolni” dla miecza, zarazy i głodu.

Wydaje się, że stopniowo instytucja niewolnictwa wydawała się coraz bardziej problematyczna w oczach wielu bardziej oświeconych. Naród, który sam przecierpiał niewolnictwo, nie powinien powielać tych samych błędów. Tora jednak w wielu przypadkach akceptuje społeczeństwo starożytne w takiej formie, w jakiej było, starając się kontrolować lub  minimalizować zjawiska niekoniecznie pożądane. Innym tego typu przykładem są prawa związane z „mścicielami krwi” – Tora akceptuje, że taka jest tradycja ziemi, mściciele istnieją i są częścią społecznych zachowań pochodzących ze znacznie starszych czasów. Zamiast próbować zanegować takie zachowanie kompletnie, stara się je ograniczyć – poprzez budowanie miast ucieczki.

Z niewolnictwem wydaje się podobnie. Było to całkowicie „normalne”, że ludzie bogatsi posiadali dużą liczbę sług i pracowników, których zapłatą był wikt i opierunek. Zamiast rewolucji społecznej, która byłaby i tak całkowicie nie do pomyślenia wtedy, starano się ograniczyć niebezpieczne zachowania i zapewnić lepsze życie tym ludziom – poprzez odpoczynek w Szabat czy też odpowiedzialność kryminalną za zabicie sługi (co było dużą zmianą w stosunku do innych kodeksów starożytnych, gdzie wystarczyło zapłacić karę, Tora wyznaczyła karę życie – za – życie, nie ważne czy zabitym był arystokrata czy sługa). Mimo wszystko jednak, sługa ten wciąż był własnością gospodarza. Pierwszym wyłomem były różnice w traktowaniu sług o pochodzeniu żydowskim. Widziano, że jest coś nie tak w zniewalaniu „brata i siostry”, osoby, które musiały odpracować długi miały być uwalniane w czasie roku szabatowego. Biorąc pod uwagę jak łatwo można było się znaleźć w takiej sytuacji, gdyż biedota była strasznie uciskana i wykorzystywana (wystarczy poczytać proroków). Dla osób, które, jak Jirmejahu, były wyjątkowo wrażliwe na los biedoty, sytuacja zniewolenia na pewno była równie problematyczna.

Nawet dziś wciąż słychać głosy, że jeśli Tora dozwalała niewolnictwo , to widać nie ma w tym nic złego i można posiadać ludzkie istoty tak samo jak samochody czy lodówki. Przeraża mnie taka interpretacja Tory. Jest oczywistym, że Tanach przedstawia ewolucję myśli religijnej i zapisy późniejszych proroków są wyjątkowo zaawansowane w dziedzinie etyki społecznej. Tak samo, jak krwawe ofiary stopniowo były widziane jako mniej wartościowe w służbie Bogu (moralność była wystawiana na plan pierwszy) i gdyby Świątynia  nie została zniszczona, to pewnie sama by odeszła w zapomnienie (tanaim stawiali się coraz bardziej niechętni wobec rytuału świątynnemu). Innym przykładem zmian w stosunku do instytucji, które kiedyś były powszechne i akceptowane, to poligamia. Już w czasach Drugiej Świątyni monogamia była widziana jako właściwa, a poligamia jako etycznie problematyczna.

Sytuacja opisana u Jirmejahu (rozdz.34) nie jest jeszcze ideałem, ale jest zdecydowanie krokiem w kierunku całkowitego potępienia wszelkiego rodzaju zniewolenia.

Orka na ugorze… czyli o misji proroka

Parsza Jitro to „moja” parsza. Dziś są moje „świeckie” urodziny, a za parę dni wypadną moje hebrajskie… zawsze w pobliżu parszy Jitro. Muszę przyznać, że bardzo się cieszę iż to właśnie ten fragment Tory jest „moim”. Tyle w nim do studiowania! Asarat Hadibrot, czyli Dziesięć Powiedzeń (Dziesięć Przykazań nie jest właściwym określeniem, gdy się bliżej wczytamy w tekst zauważymy iż jest tam dużo więcej konkretnych przykazań, micwot, niż tylko dziesięć. Jest tam natomiast dziesięć wypowiedzi, stwierdzeń.), sądownictwo, przygotowania do Matan Tora… jest w czym wybierać.

Mam również szczęście, że haftara do parszy Jitro to jedna z najpiękniejszych wizji prorockich i bardzo wyjątkowe wezwanie do misji proroka. Zazwyczaj, gdy mamy przedstawiony moment wezwania do prorokowania (niestety nie każdy prorok mówi nam, jak nim został) kandydat jest raczej niepewny, czasem przerażony, a czasem otwarcie odrzuca tę misję (wystarczy spojrzeć na przykłady Moszego lub Jirmejahu). Jiszaja jest jednak całkiem inny… nie tylko nie ma on nic przeciwko bycia prorokiem – zgłasza się on na ochotnika. Nie zraża go to, że ludzie mają zamknięte oczy i uszy na jego słowa, a głosić przesłanie o zniszczeniu i nadchodzącej karze boskiej będzie musiał tak długo, aż ta kara nadejdzie.

Zacznijmy jednak od początku, gdyż wizja ta pełna jest wspaniałych perełek. Jiszaja mówi nam, że pewnego dnia zobaczył Boga siedzącego na wzniosłym tronie w Niebiosach… Choć nie wiemy, co dokładnie zobaczył. Widzi on również sześcioskrzydłe serafim wyśpiewujących hymny Bogu. Słowa, które wyśpiewywały są znane każdemu, kto uczestniczył w żydowskim naborzeństwie, gdyż zapożyczyliśmy je do najświętszej części modlitwy Amida – do Keduszy. Teraz tak, jak oni możemy powiedzieć: kadosz, kadosz, kadosz Haszem cwaot… Święty, święty, święty jest Władca zastępów… (6:3) Jiszaja tak się przeraził tym, co zobaczył, iż był pewny, że zaraz umrze. Jakże by można przeżyć wizję tak świętą? „Biada mi, koniec ze mną; jestem bowiem człowiekiem o nieczystych wargach i zamieszkuję posród ludu o nieczystych wargach a moje oczy zobaczyły Króla Władcę Zastępów!” (6:5)  Na ratunek rusza jednak jeden serafim przynosząc płonący węgiel z ołtarza Świątyni. Dotyka nim ust Jiszaji oczyszczając go z wszelkiem nieczystości i grzechu. Teraz jest on gotowy by usłyszeć i odpowiedzieć na wezwanie Boga: „Kogo mam wysłać i kto pójdzie dla nas?”. Oczywistym jest, że Jiszaja nie do końca jest ochotnikiem spośród tysięcy… Został on niejako wybrany, by mógł wybrać. Bóg wiedział, że Jiszaja odpowie, ale nie narzucił mu wprost tej misji, jak w przypadku innych proroków. Jiszaja natychmiast odpowiedział (czym przypomina mi niezmiennie Osła ze Szreka, gdy skakał „Pick me!”) i bardzo szybko został oblany kubłem zimnej wody – Bóg jasno stawia sprawę: będziesz musiał głosić nieprzyjemne prawdy, a ludzie będą głusi na twoje słowa. Mimo, iż będziesz wiedział, że twoja misja nic nie da – i tak musisz ją wypełniać. Musisz iść i uczyć, choć wiesz, że skutki będą marne. Jiszaja rozumie sytuację i jej nie komentuje, pyta jedynie: „Jak długo, mój Boże?” Prawie słychać smutek w jego głosie.

Sytuacja ta zawsze kojarzyła mi się z misją pedagoga. Wiemy, że nie uda nam się dotrzeć do każdego ucznia, wielu będzie głuchych na nasze nauki i słowa… ale i tak musimy się starać, gdyż nigdy nie wiemy który z nich jednak posłucha, na które życie wpłyniemy.

 

A na koniec zdjęcie nie związane z tematem, lecz zwyczajnie z aurą.

Uri, Uri Dwora! Uri, Uri dabri szir!

Ben-Zion, "The Prophetess Deborah", 1957

Haftara do parszy Beszalach jak gdyby naprawia krzywdę uczynioną Miriam. Bardzo często jej wybór jest subtelnym komentarzem, ma dać do myślenia, dodać nowe spojrzenie, dodatkowe informacje… Jak wcześniej pisałam, wielu ludzi podejrzewa, że prawdziwą autorką pieśni Szirat Hajam była Miriam, którą jednak usunięto w cień. Wybór haftary: pieśni Dwory, jest według mnie podkreśleniem tej możliwości, a nie tylko innym przykładem pieśni zwycięstwa.

Dwora nie była jedyną prorokinią. Wiemy o Chuldzie, jak również, że prorok Jiszaja poślubił „prorokinię”. Nie wiemy czy prorokowanie pośród kobiet było częstsze, ale wiemy na pewno, że występowało.

Dwora siadywała pod palmą między Rama a Bet-El, co jest dość blisko Morza Martwego. Była ona nie tylko prorokinią, lecz także szofetet – „sędziną”. Zadaniem szoftim nie było jedynie rozwikływanie spraw prawnych, lecz raczej dowodzenie militarne i polityczne w trudnym czasie. Większość szoftim było charyzmatycznymi przywódcami lokalnymi, wyłanianymi w czasach niepokojów, walk z sąsiadami lub międzyplemiennych. Rzadko kiedy szoftim byli również prorokami, pozycja Dwory była więc wyjątkowa. Razem z Barakiem poprowadziła ona żołnierzy ku zwycięstwu. Barak sam poprosił ją, aby poszła razem z nim, wierząc w moc jej pozycji i duchowego przywództwa. Barakowi należy się pochwała – jak widać nie uważał tego za coś urągającego jego pozycji i męskości by poprosić kobietę o pomoc, a także nie przeszkadzała świadomość, że Bóg przekaże wroga Siserę w ręce kobiety (choć zwrotem akcji było, że nie chodziło tu o Dworę, lecz o inną bohaterkę: Jael). Po zakończonych walkach Dwora śpiewa jedną z najstarszych zachowanych pieśni zwycięstwa. Określana jest ona w niej jako Em bejisrael – „Matka w Jisraelu”, jak gdyby była jedynie jedną z wielu podobnych matek (choć nigdy nie dowiadujemy się o jej dzieciach). Tak na prawdę bardzo mało wiemy o niej, nie wiemy czy miała męża, choć określenie eszet Lapidot jest czasem interpretowane jako oznaczające „żona Lapidota”. Nie jest to jednak jedyne możliwe tłumaczenie. Niektórzy tłumaczą je jako „kobieta z miejscowości Lapidot”, lub nawet „kobieta, która posiada firmę produkującą świece i knoty”. Myślę, że wielu zakłada iż oznacza to „żonę” gdyż trudno uwieżyć, że kobieta mogła ot, tak żyć sobie bez męża. Co ciekawe, nigdy w Torze nie mamy również wspomnianego męża Miriam… bardzo możliwe, że była ona singielką (co wiele wyjaśnia dlaczego Miriam jest ulubioną postacią biblijną żydowskich lesbijek i feministek…). Bycie samotną kobietą w tamtych czasach na pewno nie było typowe, co nie oznacza, że niemożliwe, szczególnie dla kobiet o specyficznych rolach społecznych, niejako dających im specjalny status w społeczeństwie.

Na koniec warto jeszcze zwrócić uwagę na Jael. Szczególnie w pieśni Dwory jej zalety są pięknie podkreślone… co ciekawe jednak, wybór języka sugeruje, że Sisera najprawdopodobniej próbował zgwałcić Jael. Jael nie „tylko”, że zabiła Siserę, lecz dokonała tego z wyjątkowym brutalizmem, jak gdyby w amoku i furii. Jael przebiła skronie Sisery, zmiażdzyła je i odcieła mu głowę. Po czym powiedziane jest językiem wielu powtórzeń, że gdy Jael go zabiła, on padł martwy pomiędzy jej nogami: „U jej stóp opadł, legł i leżał, między jej nogami opadł; tam gdzie klęczał, tam padł martwy.” (Szoftim 5:27) Jest możliwym, że akt Jael nie do końca miał znaczenie polityczne, lecz był samoobroną przed napaścią i gwałtem. Sisera był generałem i wojownikiem, lecz nie docenił kobiety, myśląc, że gwałcąc ją pozwoli mu to poczuć się trochę bardziej męsko (bądź co bądź przegrywał i uciekał przed armią Dwory i Baraka).

Mamy tu dwoje męskich bohaterów: Baraka i Siserę. Jakże są różni! Barak nie boi się nie tylko współpracowania z kobietą, lecz uczynienia z niej przywódczyni i źródła duchowej inspiracji wiedząc, że ona jest najlepsza do tej roli. Wie, że to kobieta zbierze pochwały i złapie głównego wroga, a jednak nie ma nic przeciwko, umie spojrzeć ponad własne ego. Sisera to generał, który przegrywając próbował swoją frustrację i złość przelać na niewinną ofiarę: Jael, i zniewalając ją odzyskać poczucie utraconej męskości. Jednakże Jael, podobnie jak Dewora, była silną kobietą, która sprowadziła koniec na głowę Sisery. Barak jest wciąż zapamiętany jako bohater wojenny i świetny dowódca… myślę, że warto się uczyć z tego przykładu.