Biblijny bicz na gejów

Wiele wersetów biblijnych ma na swoim sumieniu istnienia wielu niewinnych istot. I nie mówię tu o losach starożytnych Kenaanijczyków, których to rzekomo wymordowano pod wodzą Jehoszuy i innych żydowskich osadników, bo choć są to bardzo problematyczne pod względem moralnym fragmenty, z punktu historycznego raczej nie miały miejsca. Są jednak wersety, które przez stulecia wykorzystywano by torturować i zabijać, zniewalać i upokarzać. Można tu wspomnieć słowa: „czarownicy życia nie darujesz”, jako wymówki dla średniowiecznych stosów, czy też wielokrotne i różnorodne formy utrzymywania kobiet, jako obywatelek drugiej kategorii, zdanych na dobrą wolę mężczyzn z ich otoczenia. Mamy także fragmenty, które służyły, jako źródła akceptacji systemu niewolnictwa, poddaństwa i niesprawiedliwości. I mimo, że jest także wiele wspaniałych wersetów mówiących o prawach człowieka, miłosierdziu i potrzebie wspierania biednych – ludzie mają tendencję, by wybierać sobie to, co im pasuje, by wesprzeć ich pragnienie zysku i władzy.

Niestety, nie trzeba bardzo naginać słów Tanachu, aby uzyskać takie wsparcie… dla tych, którzy podchodzą do Tanachu literalnie i nie biorą pod uwagę zmian cywilizacyjnych, pewne sprawy wydają się oczywiste, nawet, jeśli kłócą się ze współczesną wrażliwością etyczną.

Jednym z takich słynnych biczy biblijnych znajduje się w parszy tego tygodnia – Acharei Mot. Pośród długiej listy zakazanych stosunków seksualnych, opisanych w prawie identyczny sposób: „Nagości twojego …. nie odkryjesz, to jest twoja…” (co przy okazji jest kolejnym dowodem, że Biblia była pisana przez mężczyzn dla mężczyzn), takich jak stosunki z członkami rodziny, pojawia się zdanie nie pasujące do reszty: „Nie położysz się z mężczyzną na sposób kobiety, jest to toewa”. Jedno zdanie pośród tysiąca innych od setek lat powoduje ból, cierpienia fizyczne i psychiczne, rozbicie rodzin, śmierć niewinnych ludzi. Nie jest zaskoczeniem dla tych, którzy interesują się tematem, że im bardziej społeczeństwo jest restrykcyjne wobec kobiet, traktując je jako gorsze, tym brutalniej traktuje zachowania homoseksualne. Mężczyzna, który traktuje mężczyznę tak, jak traktuje się kobietę (seksualnie nim zawładnie) wykonuje najgorszą możliwą zbrodnię. Bycie kobietą, nawet w formie bycia „kobiecym partnerem” (czyli pasywnym, przyjmującym członka partnera) w czasie stosunku, to upokorzenie, nieszczęście i zdrada rodu męskiego. Żaden mężczyzna nie może zrobić tego drugiemu i pozostać przy życiu. Tak naprawdę homofobia więcej mówi o poczuciu własnej męskości oraz poglądach na temat kobiet, niż faktycznie opinii na temat romantycznych związków pomiędzy dwoma mężczyznami lub dwoma kobietami. Kobiety nie są w ogóle wspomniane w tym prawie. Nie było po co – niżej, niż kobieta już się upaść nie da, a więc kobieta nie może upodlić kobiety… jest to nawet w pewnym sensie zrozumiałe, że kobieta chce być „mężczyzną” – któżby nie chciał nim być w patriarchalnym społeczeństwie? To mężczyźni u władzy mogą zrozumieć. Choć brak możliwości kontroli nad kobietami wybierającymi kobiety prowadzi często do wyjątkowo brutalnych ataków na lesbijki, włączając w to tzw „gwałty korygujące”, aby postawić taką buntowniczkę z powrotem na jej miejsce.

Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego rabini nic nie zrobili z tym prawem, poza podkreślaniem jego rzekomej wagi… wiele trudnych praw obramowano tyloma wymaganiami rabinicznymi, że stały się praktycznie martwymi zapisami bez praktycznego odniesienia w życiu. Przykładem może być choćby prawo, że zbuntowane dziecko należy uśmiercić. Ale każdy, kto wychowuje dziecko wie, że w tą kategorię może wpaść co drugie dziecko i prawie każdy nastolatek. Wewnętrzne poczucie moralności nie pozwoliło im, by uznać to prawo za obowiązujące… tak je obramowano, że stało się martwe. To samo mogli uczynić i z powyższym, lecz tego nie zrobili. Dlaczego? Po pierwsze, osoby odczuwające pociąg seksualny oraz uczuciowy do osób tej samej płci muszą się ujawnić, aby w ogóle wiedziano, że istnieją. Gdyby ludzie wiedzieli, jak wiele gejów i lesbijek żyje pośród, obok nich, zmienili by podejście. Bo by się okazało, że to zwykli ludzie – listonosz, pani z kiosku, córka, kolega syna, wujek, koleżanka z pracy, dentysta itd. to by się oswoili z tą myślą i zdali sobie sprawę, że to normalne i nie jakieś odrażające. Ale ludzie ci często tak bardzo boją się reakcji wrogiego społeczeństwa, że kryją się i z całych sił próbują stłamsić własną naturę, aby podporządkować się nakazom społecznym. I dlatego tak wiele grup może powiedzieć „u nas tego nie ma”. Jeżeli się o tym nie mówi, to faktycznie, takie wrażenie pozostaje. Zaklęte koło… trzeba je złamać. Wierzę, że gdyby autorytety halachiczne osobiście znały gejów i lesbijki, którzy mogli otwarcie żyć w zgodzie z własną naturą, halacha byłaby inna. W niektórych okresach historii żydowskiej (szczególnie w średniowiecznej Hiszpanii) miłość homoseksualna musiała być w miarę akceptowana, bo pozostały nam przykłady przepięknej poezji homoerotycznej, spisanej przez wybitnych poetów i liturgistów. Później (od wieku XVI) nastąpił jednak odwrót i wyjątkowe zaostrzenie wszelkich kwestii związanych z wolnym wyborem, seksualnością, romantyką, uczuciami i rolami społecznymi.

Oglądając czasem pijanych z nienawiści ludzi głoszących hasła anty-homoseksualne, zastanawia mnie, jak nie widzą oni hipokryzji we własnym działaniu, szczególnie, gdy chcą się opierać o Biblię. Zakaz łamania Szabatu wspomniany jest co chwila, a jednak nie ma ludzi z pianą na ustach protestujących biznesy otwarte w ten dzień… tak samo rzecz się ma z koszerem lub oddawaniem dziesięciny… Geje i lesbijki powodują ferment w tradycyjnie pojmowanej wizji porządku społecznego, zmuszają do kwestionowania zasad i ślepo wypełnianych oczekiwań. Bo jeśli w tej kwestii moja religia się myli, to w czym jeszcze może się mylić? Wiele religii boi się tego typu pytań. Don’t kill the messanger. To nie wina gejów i lesbijek, że ukazują problemy we własnej wizji świata.

Problem z radykalizacją.

Przeczytałam właśnie artykuł w Polityce o postępującej radykalizacji fanatycznych odłamów chasydów w Izraelu. Ataki na kobiety i ich prawa od dawna istnieją, ale ostatnie lata faktycznie widziały znaczne pogorszenie się sytuacji. Wprawdzie znaczna mniejszość w ogólnie dość świeckim kraju, przemocą i zamieszkami próbują narzucić swoje mizoginiczne kaprysy, rzekomo w imię Tory i tradycji. Nawet sam autor artykułu twierdzi: „Tak żyli ich praojcowie w Europie Wschodniej i taka jest ich codzienna powinność w kraju, do którego przywiodła ich wola boża. Każdy, kto postępuje inaczej, żyje w grzechu.” Nie jest to jednak do końca prawdą (a także nie jedynym uproszczeniem, jakie znajdziemy w tym artykule). Zarówno pośród ortodoksji (szczególnie chasydyzmu), jak i innych religii tradycyjnych, następuje radykalizacja w odpowiedzi na współczesną liberalizację, a szczególnie rozwój praw kobiet i domaganie się o równouprawnienie. Obok silnej „modern orthodox”, czyli ortodoksji współgrającej ze współczesnym światem, istnieje spora grupa ortodoksji (szczególnie pośród chasydów), która pragnie podkreślić sprzeciw wobec takiego rozwiązania. Dziś małe chasydki zmuszane są do ubierania długich kiecek, pod którymi muszą nosić grube rajstopy (zależnie od grupy, albo czarne albo tzw cieliste), niezależnie od pogody. Większość święcie wierzy, że w ten sposób podtrzymują to, jak wyglądał judaizm przed wiekami, nic nie zmieniają, podtrzymują. Wystarczy jednak spojrzeć na poniższe zdjęcie, aby zauważyć, że inaczej traktowano dziewczynki w idealizowanej Polsce sprzed wojny:

Jak widać, grupa pobożnych Żydów, rozmawiających, studiujących i ogólnie cieszących się wakacjami w uzdrowisku ma pośród siebie także małą dziewczynkę (zapewne córeczka pana, na którego kolanach siedzi). I jakże to ta dziewczynka jest ubrana? o zgrozo! Nie tylko, że krótka spódniczka, to jeszcze gołe nogi! Ale cóż, wtedy traktowano dziewczynki i chłopców do bar/bat micwy zwyczajnie, jako dzieci. Dziewczynki nie uważano od małego za obiekty seksualne, a więc nie musiały być zakrywane od stóp do głów, by przypadkiem nie skusić kogoś. Może też i lepiej myślano o sobie samych – że nie trzeba zasłaniać „pokusy”, bo dziewczynka zwyczajnie nią nie jest, jest za to dzieckiem. Kiedyś kobiety i mężczyźni więcej ze sobą rozmawiali i przebywali, mamy również wiele zdjęć, gdzie, o zgrozo! kobiety i mężczyźni razem modlą się pod Kotelem (Ścianą Płaczu) – a niedawno aresztowano kobietę, bo niosła Torę, a inną, że miała talit… żenujące jest, że Izrael pozwala, by poddać się terrorowi skrajnych środowisk. Oba te zachowania (talit i trzymanie/czytanie Tory przez kobiety) nie są zakazane przez halachę i praktykowane nie tylko w nurtach postępowych, lecz także wielu ortodoksyjnych – swoją pierwszą aliję do Tory miałam w święto Szawuot w synagodze ortodoksyjnej, w trakcie nabożeństwa dla kobiet, w innej ortodoksyjnej synagodze, w trakcie święta Simchat Tora, razem z innymi kobietami tańczyłam ze zwojami Tory, równolegle do mężczyzn.. bez problemu.

Ale cóż, większość chasydów i skrajnych ortodoksów nie czyta historii, analiz socjologicznych czy antropologicznych o zmianach kulturowych… Nie mają perspektywy, a strach przed światem zewnętrznym i (chyba) własnymi niepewnościami przekształcają w przemoc i agresję. Nie wiem, jak sobie tłumaczą, że jest to ok, by atakować niewinną kobietę, która przyjechała do pracy w ich dzielnicy, i której jedyną „zbrodnią” było, że nosiła spodnie. Nie wiem, jak mogą się dobrze czuć, bo zwyzywaniu i opluciu małych dziewczynek, bo nosiły spódniczki za kolana bez grubych rajstop (w 30 -stopniowym upale…). Wiem jednak, że podobnie jak wielu innych radykałów, czy to pośród Muzułmanów czy chrześcijan, używa religii jak toporu by na oślep walić wszędzie, gdzie widzą zagrożenie dla swojej wizji świata. I ciekawe, że prawie zawsze ofiarami są kobiety…

Zatruwanie innym powietrza i życia jest grzechem

Od razu zaznaczę wprost: nie znoszę dymu tytoniowego. Jest on dla mnie obrzydliwie śmierdzący, wywołuje często bóle głowy a nawet odruchy wymiotne gdy mam to „szczęście” by np siąść obok ciężkiego palacza w autobusie. Jestem wielką zwolenniczką zakazów palenia w miejscach publicznych, włączając w to ulice. Wiem, że wielu się z tym nie zgadza, uważając to za atak na wolność wyboru czy też wolność osobistą. Myślę, że niektórzy palacze uważają, że gdy palą na końcu wagonu kolejowego, na ulicy (na „świeżym powietrzu”) czy też przed samym wejściem do budynku (znowu to „świeże powietrze”) to nikt nie powinien mieć nic przeciwko. Jak gdyby dym papierosowy był jak popiół, który sobie po prostu spada na ulicę i znika. Idąc choćby 20m za palaczem nie wiem, czy nie oddychać, zatrzymać się i przeczekać czy też podbiec by iść przed nim/nią. Palacze bez pomyślunku palą na przystankach autobusowych, by następnie wydmuchnąć ostatni dym już wprost do środka autobusu. Podobnie przy wejściu do banków, urzędów czy centrów handlowych. Dym nie znika – i jest nie tylko zwyczajnie obrzydliwie śmierdzący – jest przede wszystkim bardzo szkodliwy. Tu nie ma wątpliwości, hipotez czy „a może jednak nie szkodzi”. Tu nie ma „szkodliwych skutków ubocznych”, które towarzyszą leczniczym. Są tylko szkodliwe skutki i wcale nie „uboczne”, lecz główne.

Judaizm zakazuje robienia czegoś, co zagraża własnemu zdrowiu. Nie wolno nam się narażać na ryzyko bez powodu i ogólnie mamy dbać o to, co nam Bóg dał. Podobnie nie wolno nam narażać innych na cierpienie i chorobę. Nie wolno atakować, bić czy też robić czegokolwiek, co negatywnie wpływa na zdrowie innych.

Pamiętam kiedyś studiowanie tej kwestii jako szeejli halachicznej (zapytania o prawo religijne). O ile pamiętam, autorem tszuwy (odpowiedzi) był r. Soloveitchik, ale mogę się mylić (nie mam w tej momencie możliwości by to sprawdzić), studiowałam to już przeszło dziesięć lat temu. Wprawdzie uważał on, że jak najbardziej są podstawy by całkowicie zakazać palenia tytoniu właśnie na podstawie niszczenia własnego zdrowia, nie podjął się tego, ponieważ bał się, iż nagle tysiące religijnych Żydów by grzeszyło. Byłoby to niebezpieczne, istnieje nawet zasada, że nie narzucamy prawa społeczeństwu, jeśli wiemy, iż nie jest ono w stanie go wypełniać. Zakaz palenia wpadałby w tę kategorię. Autor tej tszuwy nie miał jednak żadnej wątpliwości co do czegoś innego: zmuszanie do biernego palenia jest grzechem. Jedna rzecz, co robisz z własnym ciałem, czy chcesz o nie dbać czy nie, wszystko jedno czy traktujesz ciało jako dar od Boga czy nie. Inną rzeczą jest natomiast, gdy świadomie niszczysz zdrowie innych, bo nikt nie może dziś powiedzieć, że nie wie o szkodliwości palenia (zarówno czynnego jak i biernego). Zmuszanie innych do wdychania trucizny jest ZŁEM, grzechem, obrzydliwym aktem samolubstwa, gdzie własna przyjemność (bo choć trudno mi w to uwierzyć, podobno palacze odczuwają palenie jako przyjemność) jest ważniejsza od zagrażania zdrowia innych – bliskich, przyjaciół czy nieznajomych. Dym niszczy moje płuca (a przy astmie jest to szczególnie niebezpieczne), wywołuje migreny (podobno nie jestem osamotniona w tej reakcji), zasmradza ubrania i włosy, i przede wszystkim: ŚMIERDZI.

Bądźmy świadomi własnych decyzji i tego, jak nasze zachowania wpływają na innych. A jeśli jest to dla kogoś ważne: jest to również grzechem.

 

Burka dla Żydówek?

Kobieta-przywódczyni (?) kultu

Przeczytałam niedawno o bardzo ciekawym zjawisku pojawienia się nowego kultu w Judaizmie. Tak się określa grupę ultra-ortodoksów, którzy przyjęli zwyczaj pełnego zakrywania ciał kobiet. Stąd określa się ich jako chasydów-Talibów, lub „chasydów od burki” czy „szala”. W rozumieniu członków tej grupy prawa cnijut (skromności) wymagają tak skrajnego postępowania. Kobiety przypominają niektóre kobiety arabskie, zakryte od stóp do głów w czarną tkaninę. Nawet własna rodzina ma mieć wyjątkowo ostro zakreślone zasady – na przykład w jednej rodzinie matka zakazała ojcu wracać z jesziwy przed nocą, czyli zanim ich 12-letnia córka położy się spać. Oznacza to, że nawet rodzony ojciec nie powinien widzieć własnej córki.

Takiemu rozumieniu pojęcia „cnijut” sprzeciwiają się sami ultra-ortodoksi, którzy niedawno protestowali w Jerozolimie. Uważają oni, z czym się absolutnie zgadzam, że postępowanie takie jest niezgodne z Torą i halachą. Nie jest tu jednak zaskoczeniem, że całą winą za zaistniała sytuację obarczają kobiety, które wybierają taki strój, a nie wieki prześladowań i internalizowania pewnego specyficznego sposobu myślenia o kobietach… przecież one jedynie poszły krok dalej (a może problemem jest właśnie to, że to same kobiety wykazały się inicjatywą, a nie został ten system narzucony przez mężczyzn?) z ogólnie panujących ultra-ortodoksyjnych zasad ubioru.

Nie jest to aż tak częstym zjawiskiem, gdy zgadzam się z ultra-ortodoksami na temat jakiegoś zwyczaju w odniesieniu do kobiet, więc muszę dopowiedzieć. Zgadzam się, że „burka-chasydzi” są w błędzie jeśli chodzi o cnijut. Uważam także, że i ultra-ortodoksi są w błędzie w tej materii.

Cóż to jest ten cnijut? To chyba jedna z najmniej jasnych kategorii prawnych. Bo jakże zdefiniować „skromność”? Judaizm nie lubi otwartych i niejasnych terminów. Lubimy dokładne miary, sytuacje i wyjątkowo jasno określone granice. W halasze i etyce żydowskiej „skromność” nie dotyczy tylko ubioru kobiet, choć niestety w praktyce zawęża się dyskusję na jej temat do właśnie długości spódnic i tego typu podobnych spraw.

Tak na prawdę to nie widzę aż takiej różnicy...

Skromność powinna towarzyszyć każdemu naszemu aktowi – temu, jak i co mówimy, jak się bawimy, jak mówimy o sobie, jak traktujemy innych, jak się ubieramy, jak prowadzimy interesy itd. Jeśli chodzi o ubiór kobiety, to widziałam cegły, tzn księgi, z bardzo dokładnie opisanymi szczegółami nakazanego ubioru, który miałby wg rabinów spełniać wymagania cnijut. Skąd biorą się te dokładne zapisy? Nie z Tory, bo tam ich nie ma. Są to całkowicie społecznie narzucone przez mężczyzn zasady, przyjęte i zinternalizowane przez kobiety. Co grupa, to inne zasady (często w bardzo ogólnych jedynie punktach zgodne), i często można poznać z jakiej grupy dana kobieta pochodzi po rodzaju ubioru, nakrycia głowy, kolorze rajstop czy sukienki.

Przez wiele lat nosiłam jedynie spódnice, bo uważałam, że tak nakazuje Tora. Teraz już w ogóle spódnic nie noszę, bo to zwyczajnie nie mój styl, a jednak nadal uważam, że przestrzegam zasad cnijut. Jak to możliwe? Otóż zdecydowałam się polegać na własnym wyczuciu. Nie potrzebuję mężczyzn, którzy uważają każdą kobietę za źródło grzechu i pokusy, aby mi powiedzieć czy mój ubiór jest skromny czy nie. Mam prawo wyrażać własną indywidualność i styl, a nawet czuć się atrakcyjną i ładną w tym, co noszę. Równocześnie uważam, że każda kobieta ma prawo nosić to, co uważa za stosowne i nie powinno to w żadny sposób wpływać na opinie o niej, bądź usprawiedliwiać potencjalne niewłaściwe zachowanie mężczyzn.

U źródeł wyjątkowo ostro i (wg mnie) wręcz fanatycznie interpretowanych zasad cnijut leży zwykły seksizm i misogenia. Dużo więcej dobra dałoby uczenie zarówno chłopców jak i dziewcząt jak sobie radzić z pokusą, jak szanować ciało innej i własnej osoby, jak być powściągliwym i opanowanym. Nie można usunąć wszelkiej pokusy z tego świata (a dotyczy to nie tylko sfery seksualnej, ale także pokusy szybkiego zarobku, taniej zemsty, zawstydzenia kogoś itd), lecz raczej należy uczyć dzieci od małego jak sobie radzić z nimi, jak być silnymi (gdyż wiemy, wg Pirke Awot, że silnym jest ten, kto umie panować nad własnymi ciągotkami i żądzami) i jak myśleć o tej drugiej osobie jak o pełnej i godnej szacunku istocie, a nie chodzącym obiekcie seksualnym, który trzeba omotać i zasłonić.

Dla osób zainteresowanych powyższym problemem, polecam do dalszego czytania:

Artykuł na Jewschool, w Forward, FailedMessiah, Miriam Shaviv w Jewish Chronicle.

I na koniec mały cytat z blogu własnie Miriam Shaviv, która probuje zrozumieć i wyjaśnić źródła całej sytuacji:

And yet, the “frumka” is the logical extension of two clear trends in the frum world.

Firstly, standards of modesty are becoming increasingly stringent and require increasing effort to follow. A CD recording by a top rabbi from Lakewood, New Jersey, for example, reportedly asks women not to swing their arms while they walk and not to allow their daughters to wear colourful banana-clips in their hair. Women know that if they wear skin-coloured stockings, they must include a seam so it is clear they are not bare-legged. Schoolgirls do not wear shiny shoes that could “reflect their underwear”.…

Secondly, tznius, or modesty, has long moved from being about modest clothing to being about keeping women, and images of women, away from men.

Open a Charedi newspaper, and there are either no images of women, or they are blacked out.…a top rabbi in Bnai Brak asked women to leave before the end of shul so they did not mingle with men following davening; that same town has a street with separate sides for men and women…

 

Książka, którą bym bardzo chętnie przeczytała

Właśnie przeczytałam w blogu Failed Messiah o niedawno wydanej książce Talyii Fishmana „Becoming the People of the Talmud: Oral Torah as Written Tradition in Medieval Jewish Cultures”, której recenzję Lawrence’a Grossmana autor bloga zamieszcza u siebie. Już sama ta recenzja z krótkim i ogólnym opisem głównych założeń książki daje wiele do myślenia.

Pozwoliłam sobie ją przetłumaczyć:

… [Fishman] pokazuje nie tylko, że nawet jeśli spisane kopie istniały, w społecznościach żydowskich Mezopotamii, Afryki Północnej i Półwyspu Iberyjskiego z okresu wczesnego średniowiecza Talmud był jeszcze głównie przekazywany ustnie, a także, że autorytatywnych decyzje halachiczne (w prawie żydowskim) często odbiegały od Talmudu. Dopiero w XI i XII wieku we Francji i Niemczech [300 lat po kodyfikacji Talmudu babilońskiego] – centrum życia aszkenazyjskiego – że Żydzi zaczęli doświadczać Talmudu „jako czytelnicy studiujący księgę”, i że księga ta zaczynała być postrzegana jako nadrzędny przewodnik po praktyce religijnej, w procesie podobnym do zmian odbywających się w tym samym czasie wśród nie-Żydów, gdy chrześcijaństwo północnej Europy przeszło do kultury opartej na tekście pisanym z tej opartej na zwyczajach.

Praca XI-wiecznego uczonego francuskiego, Rasziego, ułatwiło traktowanieTalmudu jako jednej długiej książki, poprzez przygotowanie komentarza uważanego do dziś za autorytatywny.  Kolejnym krokiem, realizowanym przez kilka pokoleń uczonych, między innymi wnuków Rasziego – znanych jako Tosafiści – było rozpoznanie i godzenie wielu sprzeczności zawartych w księdze, problem, który rzadko się ujawniał gdy Talmud był wciąż tradycją ustną. W XIII wieku ta specyficzna forma nauki, skupiająca się na zawiłościach tekstu rozpowszechniła się po Pireneje i wśród mędrców Hiszpańskich, a następnie gdzie indziej, i szybko umacnia swoją pozycję jako normatywna forma studiów żydowskich.

W związku z tym, że medium (nośnik) przekształca treść, w książce „Becoming the People of the Talmud” omówione są dwie kluczowe zmiany w Judaizmie jakie dokonały się przez tekstualizację. Oczywistym jest, że ten nowo utworzony „tekst” jest znacznie sztywniejszy niż tradycja ustna, zmniejszając elastyczność autorytetów religijnych w reinterpretacji przeszłej mądrości w świetle nowej rzeczywistości w sposób, który nie zakłócałby świadomości nieprzerwanej tradycji. Tak więc, zauważa Fishman, Tosafiści byli często zdumieni, gdy zobaczyli, że zwyczajowe praktyki religijne, które wyewoluowały naturalnie różniły się od tych, opisanych w tekstach talmudycznych, i w związku z tym wywarli niezwykle mocny wpływ w kazuistycznych próbach ich pogodzenia. …

Podobnie, jak i autor bloga, uważam, że to zmienia bardzo wiele w sposobie oceniania tradycji wielu społeczności Żydowskich. Do tej pory uważano, że Talmud stał się powszechnie obowiązującym już około VIII wieku. Zgodnie z tymi szacunkami stało się to jednak dopiero około XIIIw. Zbyt często traktuje się księgi żydowskiej tradycji jak gdyby były one powszechnie dostępne, znane i akceptowane. Dodatkowym problem jest traktowanie ich zapisów, jak gdyby autorzy żyli w próżni, odpornych na zmiany społeczne, wpływy sytuacji historycznych, religijnych czy kulturowych.

Osobiście uważam sam fakt spisania Tradycji Ustnej za jedną z największych tragedii, która dotknęła Judaizm. Wiem, że to praktycznie bluźnierstwo, ale niestety płacimy za te wybory. Tora Szebaalpe nie bez powodu nazywana jest „ustną” – miało to zapewnić jej elastyczność, dostosowywanie się do zmieniających się warunków, a jedynym trwałym punktem odniesienia byłaby Tora. Oznaczałoby to przepiękną wolność i żywotność Judaizmu. Niestety, nie było wyjścia – z powodu ogromnego ryzyka zakończenia samego istnienia Żydów i ich tradycji w czasach starożytnego Rzymu, przywódcy religijni zdecydowali się spisać wszystko, co pamiętali, aby uchronić w ten sposób choć część tradycji. Nigdy się nie dowiemy ile już odrzucono, zmieniono lub stracono w tym procesie… Najgorsze jest to, że w ten sposób jakby płynne ruchy skostniały, pewne ustalenia wynikające z konkretnej sytuacji historycznej stały się obowiązującym prawem na wieki wieków… A potem było już coraz gorzej, każde jedno postanowienie, decyzję i opinię spisywano jako prawo ze zrozumieniem, że nie wolno nic zmieniać.

Ile bym dała, abyśmy mogli wrócić do sytuacji, gdzie lokalne społeczności kreowały swoje życie w oparciu o Torę, tradycję ustną, zmieniające się warunki, wrażliwość mędrców… ejch…

Zaraz, zaraz… ale czy dziś to nie jest przypadkiem Jom Tow?

Odpowiem typowo: to zależy. Od tradycji, miejsca zamieszkania, wybranej denominacji i osobistego poziomu przestrzegania Halachy. Od czasu, gdy mieszkałam w Izraelu przestrzegam tamtejszej tradycji obchodzenia jednego dnia świąt. Jednak nie jest to jedyny powód dlaczego dzień dzisiejszy nie traktuję jako święta. W związku z tym, że w moim podejściu do Tradycji w znacznej mierze kieruję się logiką, nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy dziś obchodzić dwa dni świąt.

Tradycyjnie drugi dzień świąt dodano dla Żydów mieszkających poza Erec Jisrael tak „w razie czego”. Komunikacja była kiepska, nauka dość zaawansowana ale zależna od czynnika ludzkiego: osoby, która dałabym znać iż nadszedł nowy miesiąc. Wszystko zależało od tych kalkulacji… ale od wielu set lat nikt już nie kalkuluje początku miesiąca w taki sposób, zaniechano go jeszcze pod koniec okresu drugiej Świątyni. Dodatkowo, dziś możemy bardzo łatwo ustalić początek nowu co do sekundy. Więc skąd wciąż te dwa dni? No cóż, tu odpowiedź jest prosta: tradycja. W tradycyjnym judaizmie nie jest łatwo zmienić ustalonych wcześniej zasad, nawet gdy przyczyny ich utworzenia przestały istnieć. Jedynie pośród Żydów reformowanych sięga się do pierwotnych nakazów tak, jak zostały opisane w Biblii i nikt nie ma nic przeciwko odrzucenia tego sjagu (dodatkowego zabezpieczenia przed złamaniem Halachy).

Osobiście nie czuję się częścią żadnej z popularnych denominacji i Żydówką reformowaną nie jestem, ale w tej kwestii zgadzam się z rabinami, którzy ustanowili powrót do jednodniowego obchodzenia świąt, zgodnie z biblijnymi opisami.

I w związku z tym, dziś dla mnie jest isru chag: dzień po święcie. Taki zwykły, ale z lekkim posmakiem minionego święta.