Dobre strony

Wielokrotnie już pisałam o tym, jak ważnym jest, by pamiętać, że Żydzi mogą pochodzić z każdego zakątka świata, mieć dowolny kolor skóry, orientację, poglądy polityczne bądź zainteresowania. Warto zatem zajrzeć na stronę Jak wygląda Żyd? by zapoznać się z cudowną różnorodnością narodu żydowskiego. A tak przy okazji – nie miałam pojęcia, że Paula Abdul jest Żydówka :)

Rabin Shmuly Yankovitz jest jednym z najbardziej głośnych przedstawicieli ruchu sprawiedliwości społecznej pośród Żydów ortodoksyjnych. Jego pasja i głęboka wiedza wspaniale ukazują, jak gorąco nasza tradycja opowiada się za losem pokrzywdzonych, za sprawiedliwym prowadzeniem interesów i ochroną praw innych. Warto czytać blog Jewish Social Justice, a dziś polecam specjalnie artykuł: „The Role of the Divine in Social Change: Where Is G-d in Tikkun Olam?”. Rabin Yankovitz wylicza kilka zasad i terminów związanych ze sprawiedliwością społeczną, które głęboko zakorzenione są w żydowskiej tradycji.

W artykule tym, raw Shmuly cytuje naczelnego rabina Wielkiej Brytanii:

Rabbi Jonathan Sacks says it well: „In Judaism, faith is not acceptance but protest, against the world that is, in the name of the world that is not yet but ought to be. Faith lies not in the answer but the question—and the greater the human being, the more intense the question. The Bible is not a metaphysical opium but its opposite. Its aim is not to transport the believer to a private heaven. Instead, its impassioned, sustained desire is to bring heaven down to earth. Until we have done this, there is work still to do” (To Heal a Fractured World, 27).

Reklamy

Pogadajmy o ciuchach

Niby się mówi, że „nie szata zdobi człowieka”, ale tak na prawdę dobrze wiemy, że szata czyni człowieka. Nie jesteśmy w stanie nie-oceniać kogoś na podstawie tego, jak wygląda. Ubranie wysyła nam wiele znaków – czym ich właściciel się zajmuje (czy jest to mundur? uniform? garnitur? fartuch?), jakiej jest płci, jakiej słucha muzyki, w jakim jest wieku, w jakim gronie lubi przebywać itd. Oczywiście zależnie od konkretnego przypadku, informacji takich może być więcej lub mniej… Ale ubranie równocześnie zakrywa i odkrywa. Bez względu na naszą płeć, zamożność czy wiek, lubimy się ubierać w ciuchy, które odzwierciedlają to, czym i jak się czujemy. Szczególnie, gdy pojawiają się możliwości wyboru (jak w dzisiejszych czasach). Ubranie może wywoływać wiele emocji – od zazdrości, podziwu, przez obrzydzenie i pogardę do strachu i przerażenia. Wszystko zależnie od kulturowej symboliki i znaczenia im przypisanym

Parsza w tym tygodniu spędza bardzo dużo czasu opisując z wyjątkowymi szczegółami ubiór kapłanów. Szczególnie strój Aharona był wielce wyszukany. Przez kilka stron czytamy dokładne opisy tunik, pasów, nakryć głowy… a później cudownego napierśnika, który to Kohen Gadol miał nosić, pokrytego kamieniami szlachetnymi symbolizującymi dwanaście plemion Israela, z Urim weTumim, które nikt tak na prawdę nie wie dokładnie czym były. Wiemy, że miały służyć do komunikacji z Bogiem… Brzmi trochę jak sci-fy, ale tak podaje nasza tradycja.

Tora dokładnie też opisuje moment wyświęcenia nowych kapłanów, cały proces obejmował rytualne oczyszczenie, namaszczenie olejem oraz uroczyste nałożenie szat. Israel nie miał wtedy władcy innego niż Bóg, kapłani byli najbardziej majestatyczni w swym wyglądzie i na pewno wzbudzali podziw i bojaźń. Nawet Mosze nie miał żadnego specjalnego stroju podkreślającego jego pozycję.

Ubiór kapłanów przypomina mi średniowieczne kościoły… potężne, ogromne, wywołujące respekt i bojaźń przed tym co reprezentują – straszliwego Boga wraz z jego żołnierzami. Stąd stroje duchowieństwa (im wyższa ranga tym bardziej) też były zawsze wyjątkowo drogie i wspaniałe (aż nadejście mnichów-żebraków zerwało z tą tradycją) mające głęboko wpłynąć na każdego, kogo spotkają.

Ludzie lubią ceremoniały, rytuały, stroje, symbole… szczególnie w religii, która nie ma fizycznego boga, są one bardzo potrzebne. Tora przeznacza ogrom czasu i miejsca na szczegółowe opisy wyglądu Miszkanu, skomplikowanych rytuałów ofiarniczych , oczyszczających czy świątecznych. Od tego czasu judaizm rabiniczny jeszcze bardziej rozwinął te codzienne rytuały (z braku świątynnych), od właściwego sposobu mycia rąk rano czy przed jedzeniem chleba, przez różne błogosławieństwa, modlitwy i ceremoniały czytania i studiowania Tory, do ubrań pasujących do różnych okazji (nie tak szczegółowo, raczej ogólne opisy co jest właściwe , skromne bądź świąteczne na konkretne okazje). Rytuały i zasady wyznaczające naszą codzienną fizyczność bardzo ułatwiają codzienne życie. Sama zrezygnowałam z większości rytuałów, które kiedyś bardzo dokładnie przestrzegałam… I wiem, że gdy je miałam było jakby łatwiej, człowiek nie musiał kombinować, zastanawiać się… wiedziałam, że w tej sytuacji trzeba zrobić to, i już. Brak rytuału wprowadza niepokój i niepewność, ale mi to odpowiada. Rozumiem jednak, gdy inni lubią, gdy prawie każda ich chwila ma podtekst, symbolikę, odpowiedni gest i rytuał jej towarzyszący.

 

 

Myśląc o Purim…

Myślę, że historia Purim, czyli księga Estery, jest najczęściej traktowana jako zwykła bajka… ot, barwna historia o wrogach, odwecie z dodatkiem pięknej kobiety. Ale gdy się przyjrzymy bliżej, główne motywy tej historii wcale nie są nam tak odległe. Odraza do „innych” żyjących „inaczej” jest wciąż powszechna. I wciąż mamy wiele osób, które chętnie zmobilizują siły by ubić, i to w świetle prawa, znienawidzoną mniejszość. Nie jest trudno uogólniać, wyolbrzymić kilka najbardziej „dziwnych” cech, dodać kilka od siebie… byle efekt był właściwy: pozbyć się „innego”. Kto jest dziś „innym”? To oczywiście zależy od społeczeństwa, każde sobie kogoś znajdzie. A to Żydów, a to muzułmanów, czarnoskórych, gejów czy Romów. Do wyboru do koloru…

 

Księga Estery nie daje nam tak na prawdę rozwiązania takiego problemu. Samo przetrwanie cieszy, oczywiście, ale nie załatwia sprawy na dobre. Pozbycie się głównego prowodyra w tańcu nienawiści pomaga, ale nie uodparnia społeczeństwa na takie zagrożenia w przyszłości.

Nie chodzi tu też o to, by „nie widzieć inności”, jak to jest modne w Stanach by mówić o sobie, „ja nie widzę koloru”. To czysta hipokryzja… nie chodzi o to, by nie widzieć inności, lecz by ją dostrzegać, szanować i akceptować. By starać się zrozumieć na czym ta inność polega, by uświadomić sobie, że postrzeganie kogoś za „innego” wynika z założenia, że „ja/moi” to norma, dobro i właściwego rodzaju istnienie. Każdy kto w to nie wpada (z powodu „złego” koloru skóry, wyznania czy orientacji seksualnej) zostaje „innym”, czyli gorszym, nie-normalnym.

Gdy byłam mała moim największym marzeniem było spojrzenie na świat oczami innej osoby. Czy ona widzi zieleń tak samo jak ja? Jak ta osoba widzi moją twarz? Marzenia nigdy nie będę mogła spełnić w tej formie… lecz słuchając innych, starając się zrozumieć ich punkt widzenia, przeżycia, sytuację życiową i decyzje, jakie muszą podejmować w życiu, w pewnym sensie przyniesie spełnienie tego marzenia, a przy okazji wzbogaci mnie samą i da wiele do myślenia.

 

 

Kidusz Haszem

W naszej Tradycji często używamy dwóch terminów do określenia etycznej wartości danego zachowania: Kidusz Haszem, czyli Uświęcanie Imienia (Boga) oraz Chilul Haszem, czyli Znieważanie Imienia. W praktyce chodzi o to, jak inni zareagują na twoje czyny, szczególnie, gdy ten „inny” to nie-Żyd. Jeśli ta osoba pomyśli lub powie: „niech będzie błogosławiony Bóg tego człowieka i Tora, która mu nakazuje tak postępować” to działanie takie jest Kidusz Haszem. Gdy jednak stanie się odwrotnie i taka osoba pomyśli lub powie: „niech bedzie przeklęty Bóg tego człowieka i Tradycja, która mu nakazuje tak postępować” to mówimy o Chilul Haszem.

Jest to wyjątkowo prosty i skuteczny sposób na ocenianie własnego życia. Czy to co robię będzie przynosiło chwałę Żydom, mojej Tradycji i Bogu, którego w pewnym sensie reprezentuję? Niestety system ten wywiera także wiele presji i ciągłego poczucia winy, jakby losy całego Żydostwa leżały na moich barkach… ale w sumie nie jest tak źle. Zasada jest prosta: nasze dobre postępowanie, uczciwe i godne jest najlepszym PR dla nas samych.

Dziś przeczytałam artykuł o pewnym człowieku w Australii, który z własnych pieniędzy wypłacił premie wszystkim pracownikom w podziękowaniu za ich długoletnią i oddaną pracę. Wspaniały czyn! Mimo, że powinien być normą w uczciwym świecie biznesu, dziś, gdy bonusy wypłacają sami sobie jedynie pazerni bogacze-bankowcy, jest to jednak rzadkie. Ale to nie ten artykuł sam w sobie mnie skłonił do napisania, nie mam bladego pojęcia czy ten pan jest Żydem czy nie. Czytając jednak komentarze do tego artykułu, natknęłam się na następujący, od użytkownika llubellak:

W 2005 roku pracowałem jako montażysta mebli w Nowym Jorku. Szefem był facet żydowskiego pochodzenia, który zdobył wykształcenie w Łodzi a biznes założył w Nowym Jorku. Muszę przyznać, że to był najlepszy pracodawca jakiegokolwiek w życiu miałem! pracownicy mówili, że przez całe 15 lat prowadzenia biznesu tylko 2 razy spóźnił się z wręczeniem czeków załodze! zawsze to robił samemu, uroczyście w piątki o 12:30! dwa razy do roku wypłacana była premia począwszy od pomocnika a kończąc na szefach działów! miał w zwyczaju chodzić po całym zakładzie każdego dnia o 15 i każdego pracownika zagadywał, pytał się jak leci, co u rodziny itd! w robocie było ponad 100 osób a on to wszystko pamiętał!

I to jest właśnie Kidusz Haszem w czystej postaci. Ta wspaniała postawa żydowskiego szefa parę lat temu tak mocno zapadła w pamięć, że ten pan ciągle sławi jego postępowanie. Jest dość oczywistym, że w mniemaniu autora postępowanie to jest powiązane z żydowskim pochodzeniem szefa. Zresztą czeki były wypłacane regularnie w piątek w południe – co sugeruje, że pewnie zamykano interes wcześniej przed Szabatem. Szacunek dla pracowników, szczere zainteresowanie ich życiem i godnością każdego jednego człowieka na długo zapadły w pamięci jednego z nich. I nie chodzi tu o jeden wielki czyn na miarę cudu… chodzi o codziennie robione rzeczy… o uśmiech, małą pomoc, zainteresowanie, zwrócenie znalezionych pieniędzy, godne traktowanie (szczególnie tych „pod” nami, tych „maluczkich”…gdyż jak to już powiedział wielki rabi Dumbledore, wielkość człowieka poznajemy po tym, jak traktuje tych, którzy są od niego słabsi, a nie równych sobie lub tych potężniejszych), uczciwe interesy, brak egoizmu i zadzierania nosa. Tak zwyczajnie i nadzwyczajnie – by być a mencz.

Jestem wyjątkowa. Co z tym zrobię?

Przyglądając się sobie z punktu widzenia społeczeństwa, jestem przeciętnym człowiekiem. Kierując się ku sobie intymnie, natychmiast uważam się za kogoś wyjątkowego, niezmiernie wartościowego, którego nie da sie wymienić na cokolwiek innego.

Nikt nie przeżyje mojego życia za mnie, nikt nie przemyśli moich myśli za mnie ani nie wyśni moich snów.

W oczach świata jestem kimś przeciętnym. Lecz dla mojego serca nie jestem przeciętnym człowiekiem. Dla mojego serca jestem osobą wilkiej chwili. Wyzwanie, przed którym stoję, to jak zrealizować tę cichą wybitność mojego istnienia.

– Rabbi Abraham Joshua Heschel

Znalezione dawno temu, niestety nie zapisałam autora. Może ktoś zna, abym mogła właściwie podpisać?

Prorocy naszych czasów

Tradycyjnie uważa się, że proroctwo skończyło się wraz ze zburzeniem Drugiej Świątyni, za ostatniego proroka uznając Malachiego. Jednak według mnie wszystko zależy od definicji. Jeżeli definicją będzie społeczna funkcja proroka, jego (lub jej) podejście, sposób życia i nauczania oraz przedmiot zainteresowania, możemy zauważyć, że wciąż żyją między nami prorocy i prorokinie. Jak więc można inaczej zdefiniować proroka? To osoba, która ma niesamowitą wrażliwość na cierpienie innych, szczególnie gdy nie jest to cierpienie indywidualne i przypadkowe, lecz gdy wynika z przynależności do pewnej grupy, gdy jest to cierpienie wpisane w system społeczny. Tak, jak na przykład biedota, gerim (przybysze, dziś powiedzielibyśmy imigranci), najsłabsi w społeczeństwie (sieroty i wdowy były symbolem tych, którzy mają najgorzej i mają najmniej wsparcia i opieki). To osoby, które są głosem tych, którym tego głosu się nie udziela. To osoby, które nie boją się narażać własnego życia, zdrowia i godności osobistej by nauczać o sprawiedliwości społecznej, pomimo iż głównymi adresatami takich apelów są możni i potężni tego świata. To nieuleczalni idealiści, którzy nie akceptują niesprawiedliwości i ucisku jako naturalnego porządku rzeczy, którzy wierzą, że istnieje lepszy świat, który sami możemy zbudować. To osoby, które nie są świętymi, ideałami, które trudzą się z wybraną drogą życiową, którzy czasem się poddają by ponownie wrócić do powołania. To osoby, które często czerpią energię i inspirację w Dobru, Bogu, ideach humanistycznych. To osoby, które jeśli czerpią inspirację z woli Boga, rozumieją ją jako sprawiedliwość, dobro, poszanowanie życia ludzkiego, szacunek i godność dla najsłabszych i wszelkich potrzebujących. To wreszcie osoby, które czasem same cierpią upokorzenia, wyzwiska, fizyczne napaści a czasem muszą zapłacić za swą działalność własnym życiem.

Gdy w ten sposób zdefiniujemy osobę proroka, to widzimy, że w każdym pokoleniu są ludzie, którzy bezinteresownie walczą o prawa maluczkich, zapomnianych, marginalizowanych, upokarzanych. Tych, którzy czasem sami przestali wierzyć, że mają prawo do godności i opieki prawa.

Jednym z takich ludzi, inspirujących mnie swoją postawą i walką o prawa Afroamerykanów i biedoty jest dr Martin Luther King jr., którego rocznica urodzin wypada jutro, 15 stycznia ukończyłby 83 lata. Dr King nie był świętym… ale był wspaniałym przywódcą, charyzmatycznym idealistą. Jego mowy wywołują dreszcze, jego zdolności oratorskie nie ustępowały innym prorokom. Szczególnie fascynująca jest w jego mowach symbolika biblijna. W krótkim fragmencie z jego ostatniej mowy (którą można zobaczyć poniżej), wygłoszonej na dzień przed śmiercią, używa wspaniałej metafory, mówiąc, że nic go nie zatrzyma, gdyż „stał na szczycie góry”. Niczym Mosze, który ze szczytu góry Nebo zobaczył Ziemię Obiecaną, King mówi: „Możliwe, że nie wejdę tam z wami, ale wiem, że my razem, jako nacja, wejdziemy do Ziemi Obiecanej”. King podkreślał, że choć długie życie to wspaniała rzecz, bardziej mu zależy na wypełnianiu woli Boga i na tym, by dotrzeć do Ziemi Obiecanej. Nawet według najbardziej prymitywnej definicji proroka – jako osoby przewidującej przyszłość, King był prorokiem – został zamordowany następnego dnia. Ziemia Obiecana była dla niego symbolem życia w równości, w godności i bez rasizmu. Gdzie każdy będzie oceniany według osobistych zasłóg i dokonań a nie koloru skóry. King zaraził swym entuzjazmem i idealizmem niezliczone rzesze ludzi… Wiele dokonano dzięki niemu w przeciągu tych 40 lat, wiele jest wciąż do zrobienia.

Na łożu śmierci

Zarówno Jaakow jak i Dawid (bohater dzisiejszej haftary) wiedzieli, że umierają. I wygląda na to, że przyjmują to jako naturalną kolej rzeczy, wzywając swych synów aby przekazać im ostatnie nauki, rady czy błogosławieństwa. Mogę się mylić, ale wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach ludzie bardziej się buntują przeciw odejściu. Może osiągnięcia medycyny sprawiły, że na prawdę nie możemy uwierzyć, że to się dzieje? Wprawdzie ludzie spisują testamenty, ale najczęściej to bardzo biznesowa sprawa… a co z testamentami etycznymi? naukami na przyszłość, wyrazami miłości i oddania albo ostatnimi życzeniami? Posiadam wspaniałą książkę pod tytułem: „Ethical Wills – A Modern Jewish Treasury”, gdzie zebrano bogactwo testamentów etycznych, ostatnich nauk, które autorzy pragnęli przekazać następnym pokoleniom. Bardzo poruszające są te spisane w czasie Szoa. Jest jasne, że tradycja ta nie umiera.

Cóż takiego Dawid pragnął przekazać swemu synowi na łożu śmierci? Dawid, wybraniec, namaszczony przez proroka, patriarcha dynastii… utrzymywany jako wzór, ideał… choć nim nie był. Tanach nie próbuje wybielić tej postaci i mamy obraz wspaniale złożony: z wszystkimi wyżynami i dolinami ludzkich zachowań. Pomimo dość licznych potknięć a nawet upadków, Dawid nie stracił z oczu tego, co ważne i co właściwe. To, że czasem miał trudności z utrzymaniem się na właściwej ścieżce, nie oznaczało, że przestał ją widzieć lub zaczął wytyczać kompletnie nową. Jego testament jest jasny: słuchaj Boga, przestrzegaj przykazań Tory a wszystko będzie dobrze dla ciebie i twojej dynastii. Jak wiemy Salomon tylko częściowo trzymał się tych nauk… pod koniec tak, jak i jego ojciec, zboczył mocno z wyznaczonej drogi. Nawet w szczycie potęgi jego postępowanie stworzyło zaczątek rozpadu – z powodu okrutnego prześladowania i wyzysku, północne plemiona zbuntowały się wkrótce po jego śmierci.

Ciekawym jest, że ostatnie słowa Dawida są bardzo ostre – daje on synowi instrukcje w sprawie rozliczenia się z wrogami politycznymi. Przekazuje nawet, aby to Salomon zabił wroga Dawida, tylko dlatego, że on sam nie mógł, bo obiecał, że go nie zabije. Jak widać, w tych czasach mord i zemsta jakoś nie kłóciły się z przekazem o ufaniu Bogu i przestrzeganiu Tory…

Poniżej zapisują tłumaczenie (przepraszam, że pewnie nie wystarczająco dobre) ostatniej woli matki, opublikowanej w gazetce getta w 1940r. (z wyżej wspomnianej książki):

Judaizm, moje dziecko, to walka o sprowadzenia Boga na ziemię, walka o uświęcenie ludzkiego serca. Walkę tą twój naród prowadzi bez użycia siły lecz duchem, szczerymi i płomiennymi modlitwami, i ciągłym dążeniem do prawdy i sprawiedliwości.

Czy rozumiesz więc, moje dziecko, jak wyróżniamy się od innych i w czym leży tajemnica naszego istnienia na ziemi?

A wiedząc to, czy wciąż będzie ci ciężko na sercu, moje dziecko? Czy wciąż powiesz, że nie możesz znieść swego przeznaczenia? Lecz musisz, moje dziecko, bo tak zostało ci przykazane; takie jest twoje powołanie. Oto twoja misja, twój cel na tej ziemi.

Musisz iść i pracować ramię w ramię z ludźmi z innych narodów… i będziesz ich uczył, że muszą stworzyć braterstwo narodów i zjednoczyć wszystkie narody z Bogiem.

Zapytasz: „Jakże ma się do nich  mówić?” Oto jak: „Nie będziesz mordował; nie będziesz kradł; nie będziesz pożądał; Kochaj twego bliźniego jak samego siebie…” Wypełniaj te, a poprzez zasługę tych czynów będziesz zwycięskie, moje dziecko.