Pogadajmy o ciuchach

Niby się mówi, że „nie szata zdobi człowieka”, ale tak na prawdę dobrze wiemy, że szata czyni człowieka. Nie jesteśmy w stanie nie-oceniać kogoś na podstawie tego, jak wygląda. Ubranie wysyła nam wiele znaków – czym ich właściciel się zajmuje (czy jest to mundur? uniform? garnitur? fartuch?), jakiej jest płci, jakiej słucha muzyki, w jakim jest wieku, w jakim gronie lubi przebywać itd. Oczywiście zależnie od konkretnego przypadku, informacji takich może być więcej lub mniej… Ale ubranie równocześnie zakrywa i odkrywa. Bez względu na naszą płeć, zamożność czy wiek, lubimy się ubierać w ciuchy, które odzwierciedlają to, czym i jak się czujemy. Szczególnie, gdy pojawiają się możliwości wyboru (jak w dzisiejszych czasach). Ubranie może wywoływać wiele emocji – od zazdrości, podziwu, przez obrzydzenie i pogardę do strachu i przerażenia. Wszystko zależnie od kulturowej symboliki i znaczenia im przypisanym

Parsza w tym tygodniu spędza bardzo dużo czasu opisując z wyjątkowymi szczegółami ubiór kapłanów. Szczególnie strój Aharona był wielce wyszukany. Przez kilka stron czytamy dokładne opisy tunik, pasów, nakryć głowy… a później cudownego napierśnika, który to Kohen Gadol miał nosić, pokrytego kamieniami szlachetnymi symbolizującymi dwanaście plemion Israela, z Urim weTumim, które nikt tak na prawdę nie wie dokładnie czym były. Wiemy, że miały służyć do komunikacji z Bogiem… Brzmi trochę jak sci-fy, ale tak podaje nasza tradycja.

Tora dokładnie też opisuje moment wyświęcenia nowych kapłanów, cały proces obejmował rytualne oczyszczenie, namaszczenie olejem oraz uroczyste nałożenie szat. Israel nie miał wtedy władcy innego niż Bóg, kapłani byli najbardziej majestatyczni w swym wyglądzie i na pewno wzbudzali podziw i bojaźń. Nawet Mosze nie miał żadnego specjalnego stroju podkreślającego jego pozycję.

Ubiór kapłanów przypomina mi średniowieczne kościoły… potężne, ogromne, wywołujące respekt i bojaźń przed tym co reprezentują – straszliwego Boga wraz z jego żołnierzami. Stąd stroje duchowieństwa (im wyższa ranga tym bardziej) też były zawsze wyjątkowo drogie i wspaniałe (aż nadejście mnichów-żebraków zerwało z tą tradycją) mające głęboko wpłynąć na każdego, kogo spotkają.

Ludzie lubią ceremoniały, rytuały, stroje, symbole… szczególnie w religii, która nie ma fizycznego boga, są one bardzo potrzebne. Tora przeznacza ogrom czasu i miejsca na szczegółowe opisy wyglądu Miszkanu, skomplikowanych rytuałów ofiarniczych , oczyszczających czy świątecznych. Od tego czasu judaizm rabiniczny jeszcze bardziej rozwinął te codzienne rytuały (z braku świątynnych), od właściwego sposobu mycia rąk rano czy przed jedzeniem chleba, przez różne błogosławieństwa, modlitwy i ceremoniały czytania i studiowania Tory, do ubrań pasujących do różnych okazji (nie tak szczegółowo, raczej ogólne opisy co jest właściwe , skromne bądź świąteczne na konkretne okazje). Rytuały i zasady wyznaczające naszą codzienną fizyczność bardzo ułatwiają codzienne życie. Sama zrezygnowałam z większości rytuałów, które kiedyś bardzo dokładnie przestrzegałam… I wiem, że gdy je miałam było jakby łatwiej, człowiek nie musiał kombinować, zastanawiać się… wiedziałam, że w tej sytuacji trzeba zrobić to, i już. Brak rytuału wprowadza niepokój i niepewność, ale mi to odpowiada. Rozumiem jednak, gdy inni lubią, gdy prawie każda ich chwila ma podtekst, symbolikę, odpowiedni gest i rytuał jej towarzyszący.

 

 

Reklamy

Godzina zmierzchu

Dużo się działo w tym tygodniu w moim życiu… wyjazdy, spotkania z przyjaciółmi i innymi ważnymi ludźmi, praca, tłumaczenia… nie miałam czasu by porządnie siąść i zagłębić się w parszę Miszpatim – zrobię to już moce szabes. A na teraz – jakże odpowiedni na tę chwilę opis chwili zmierzchu… a zarazem jeden z moich ulubionych zapisów mistrza Witolda…

Godzina zmierzchu jest nieprawdopodobna… to tak nieznaczne a nieuchronne ulatnianie się kształtu… Poprzeda je moment ogromnej wyrazistości, jakby kształt upierał się, nie chciał ustąpić – i ta wyrazistość wszystkiego jest tragiczna, zawzięta, nawet zapamiętała. Po tej chwili, w której przdmiot staje się najbardziej sobą, konkretny, samotny i skazany na siebie tylko, w pozbawieniu gry światłocienia, w którą dotąd opływał, następuje rosnące nieuchwytnie osłabienie, wyparowywanie materii, łączą się linie i plamy powodując męczące zamazanie, kontur nie stawia oporu, zarysy, umierając, stają się trudne, niepojęte, powszechne wycofywanie się, odwrót, zapadanie we wzbierającą zawiłość… Przed samym nadejściem ciemności jeszcze raz kształt staje się silniejszy, ale już nie mocą tego, co widzimy a tylko, co o nim wiemy – ten krzyk jego proklamujący obecność, jest już teoretyczny… Po czym pomieszanie wszystkiego, czerń wylewa się z dziur, zagęszcza się w samej przesetrzeni i materia staje się ciemnością. Nic. Noc.

Witold Gombrowicz, Dziennik 1957 – 1961

Wartość pracy

by Shamir Brothers, c.1946, tłumaczenie: Tora i Praca

Zanim przejdę do rozmyślań nad parszą Miszpatim jeszcze jedna, krótka, myśl wynikła z parszy Jitro.

W Aseret Hadibrot czytamy o nakazie świętowania Szabatu. Nikt w naszej rodzinie i otoczeniu (włączając w to zwierzęta) nie ma się zajmować pracą (określaną w żydowskiej tradycji jako „melacha”, twórcza działalność). Jest to dzień upamiętniający zwieńczenie tygodnia stworzenia, kiedy to Bóg zakończył stwarzanie i odetchnął. Czasem jednak pomija się to, co jest powiedziane na moment przed nakazem odpoczynku. Tora przekazuje nam bowiem inny nakaz: przez sześć dni mamy pracować.

Rzadko kiedy w naszej Tradycji spotkamy się z mędrcem, który by nie pracował ciężko fizycznie czy zawodowo. Mamy rabinów-lekarzy, handlarzy, hodowców, rolników, pomocników, garncarzy… Torę studiowało się kiedy i gdzie się mogło – przed, w trakcie i po pracy. Micwa nauki Tory zawsze była wyjątkowo ważną – ale również szanowano pracę „świecką”. Wielokrotnie doświadczenia zawodowe wzbogacały zrozumienie różnych aspektów Tory, a nauka Tory przenikała sposób, w jaki wykonywało się pracę zarobkową.

Przyglądając się całym wielkim społecznościom żyjącym w biedzie, gdyż mężczyźni brzydzą się pracą zarobkową by móc studiować Torę cały dzień, to myślę, że z czasem trochę o tym nakazie pracy przez sześć dni zapomniano…

Szabat w Beit Warszawa

Bardzo się cieszę, że miałam wyjątkową okazję by spędzić miniony Szabat w Beit Warszawa. Od miesięcy już nie brałam udziału w porządnym nabożeństwie, tkwiąc na swojej prowincji. Od dłuższego już czasu jestem związana z Judaizmem postępowym i jest to dla mnie wielka radość, że nurt ten rozwija się w Polsce. Widząc zaangażowanie, pasję i wysiłek wielu osób, jestem pewna, że coraz więcej Żydów będzie mogło odkrywać tradycję przodków i poznać współczesny Judaizm od podszewki. Myślę, że potrzebujemy zdrowego, różnorodnego Judaizmu, tak jak jest to na całym świecie. Judaizm to wiecznie żywa tkanka, która nigdy nie przestaje się zmieniać, ewoluować i adaptować do, lub reagować na, rzeczywistość.

Mam nadzieję, że będę mogła częściej zaglądać do Beitu, aby razem z jego społecznością witać Szabat, czytać Torę czy też śpiewać zmirot (a w moim przypadku to częściej wybijać rytm i cieszyć się dźwiękami, jako że me talenty w tej dziedzinie są dość ograniczone…). Oj, brakowało mi wspólnego studiowania parszy! A otrzymanie honoru aliji oraz zwijania Tory to bardzo miły, dodatkowy podarek szabatowy.

A  jako, że pogoda dość mroczna i wietrzna, proponuję wspomnienie lata.

(Jeżeli podoba Ci się powyższe zdjęcie i chciał(a)byś jego wydruk,
zajrzyj tutaj.)