Biblijny bicz na gejów

Wiele wersetów biblijnych ma na swoim sumieniu istnienia wielu niewinnych istot. I nie mówię tu o losach starożytnych Kenaanijczyków, których to rzekomo wymordowano pod wodzą Jehoszuy i innych żydowskich osadników, bo choć są to bardzo problematyczne pod względem moralnym fragmenty, z punktu historycznego raczej nie miały miejsca. Są jednak wersety, które przez stulecia wykorzystywano by torturować i zabijać, zniewalać i upokarzać. Można tu wspomnieć słowa: „czarownicy życia nie darujesz”, jako wymówki dla średniowiecznych stosów, czy też wielokrotne i różnorodne formy utrzymywania kobiet, jako obywatelek drugiej kategorii, zdanych na dobrą wolę mężczyzn z ich otoczenia. Mamy także fragmenty, które służyły, jako źródła akceptacji systemu niewolnictwa, poddaństwa i niesprawiedliwości. I mimo, że jest także wiele wspaniałych wersetów mówiących o prawach człowieka, miłosierdziu i potrzebie wspierania biednych – ludzie mają tendencję, by wybierać sobie to, co im pasuje, by wesprzeć ich pragnienie zysku i władzy.

Niestety, nie trzeba bardzo naginać słów Tanachu, aby uzyskać takie wsparcie… dla tych, którzy podchodzą do Tanachu literalnie i nie biorą pod uwagę zmian cywilizacyjnych, pewne sprawy wydają się oczywiste, nawet, jeśli kłócą się ze współczesną wrażliwością etyczną.

Jednym z takich słynnych biczy biblijnych znajduje się w parszy tego tygodnia – Acharei Mot. Pośród długiej listy zakazanych stosunków seksualnych, opisanych w prawie identyczny sposób: „Nagości twojego …. nie odkryjesz, to jest twoja…” (co przy okazji jest kolejnym dowodem, że Biblia była pisana przez mężczyzn dla mężczyzn), takich jak stosunki z członkami rodziny, pojawia się zdanie nie pasujące do reszty: „Nie położysz się z mężczyzną na sposób kobiety, jest to toewa”. Jedno zdanie pośród tysiąca innych od setek lat powoduje ból, cierpienia fizyczne i psychiczne, rozbicie rodzin, śmierć niewinnych ludzi. Nie jest zaskoczeniem dla tych, którzy interesują się tematem, że im bardziej społeczeństwo jest restrykcyjne wobec kobiet, traktując je jako gorsze, tym brutalniej traktuje zachowania homoseksualne. Mężczyzna, który traktuje mężczyznę tak, jak traktuje się kobietę (seksualnie nim zawładnie) wykonuje najgorszą możliwą zbrodnię. Bycie kobietą, nawet w formie bycia „kobiecym partnerem” (czyli pasywnym, przyjmującym członka partnera) w czasie stosunku, to upokorzenie, nieszczęście i zdrada rodu męskiego. Żaden mężczyzna nie może zrobić tego drugiemu i pozostać przy życiu. Tak naprawdę homofobia więcej mówi o poczuciu własnej męskości oraz poglądach na temat kobiet, niż faktycznie opinii na temat romantycznych związków pomiędzy dwoma mężczyznami lub dwoma kobietami. Kobiety nie są w ogóle wspomniane w tym prawie. Nie było po co – niżej, niż kobieta już się upaść nie da, a więc kobieta nie może upodlić kobiety… jest to nawet w pewnym sensie zrozumiałe, że kobieta chce być „mężczyzną” – któżby nie chciał nim być w patriarchalnym społeczeństwie? To mężczyźni u władzy mogą zrozumieć. Choć brak możliwości kontroli nad kobietami wybierającymi kobiety prowadzi często do wyjątkowo brutalnych ataków na lesbijki, włączając w to tzw „gwałty korygujące”, aby postawić taką buntowniczkę z powrotem na jej miejsce.

Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego rabini nic nie zrobili z tym prawem, poza podkreślaniem jego rzekomej wagi… wiele trudnych praw obramowano tyloma wymaganiami rabinicznymi, że stały się praktycznie martwymi zapisami bez praktycznego odniesienia w życiu. Przykładem może być choćby prawo, że zbuntowane dziecko należy uśmiercić. Ale każdy, kto wychowuje dziecko wie, że w tą kategorię może wpaść co drugie dziecko i prawie każdy nastolatek. Wewnętrzne poczucie moralności nie pozwoliło im, by uznać to prawo za obowiązujące… tak je obramowano, że stało się martwe. To samo mogli uczynić i z powyższym, lecz tego nie zrobili. Dlaczego? Po pierwsze, osoby odczuwające pociąg seksualny oraz uczuciowy do osób tej samej płci muszą się ujawnić, aby w ogóle wiedziano, że istnieją. Gdyby ludzie wiedzieli, jak wiele gejów i lesbijek żyje pośród, obok nich, zmienili by podejście. Bo by się okazało, że to zwykli ludzie – listonosz, pani z kiosku, córka, kolega syna, wujek, koleżanka z pracy, dentysta itd. to by się oswoili z tą myślą i zdali sobie sprawę, że to normalne i nie jakieś odrażające. Ale ludzie ci często tak bardzo boją się reakcji wrogiego społeczeństwa, że kryją się i z całych sił próbują stłamsić własną naturę, aby podporządkować się nakazom społecznym. I dlatego tak wiele grup może powiedzieć „u nas tego nie ma”. Jeżeli się o tym nie mówi, to faktycznie, takie wrażenie pozostaje. Zaklęte koło… trzeba je złamać. Wierzę, że gdyby autorytety halachiczne osobiście znały gejów i lesbijki, którzy mogli otwarcie żyć w zgodzie z własną naturą, halacha byłaby inna. W niektórych okresach historii żydowskiej (szczególnie w średniowiecznej Hiszpanii) miłość homoseksualna musiała być w miarę akceptowana, bo pozostały nam przykłady przepięknej poezji homoerotycznej, spisanej przez wybitnych poetów i liturgistów. Później (od wieku XVI) nastąpił jednak odwrót i wyjątkowe zaostrzenie wszelkich kwestii związanych z wolnym wyborem, seksualnością, romantyką, uczuciami i rolami społecznymi.

Oglądając czasem pijanych z nienawiści ludzi głoszących hasła anty-homoseksualne, zastanawia mnie, jak nie widzą oni hipokryzji we własnym działaniu, szczególnie, gdy chcą się opierać o Biblię. Zakaz łamania Szabatu wspomniany jest co chwila, a jednak nie ma ludzi z pianą na ustach protestujących biznesy otwarte w ten dzień… tak samo rzecz się ma z koszerem lub oddawaniem dziesięciny… Geje i lesbijki powodują ferment w tradycyjnie pojmowanej wizji porządku społecznego, zmuszają do kwestionowania zasad i ślepo wypełnianych oczekiwań. Bo jeśli w tej kwestii moja religia się myli, to w czym jeszcze może się mylić? Wiele religii boi się tego typu pytań. Don’t kill the messanger. To nie wina gejów i lesbijek, że ukazują problemy we własnej wizji świata.

Reklamy

Krwawe rytuały

"Blood on Cloak" by Mohzart

Kiedy czytam fragmenty księgi Wajikra, mam wrażanie, że to przegląd symboliki pierwotnej. Przewija się w niej ogień, krew, czyste-nieczyste, święte-nieświęte… Krew, którą Judaizm zakazuje spożywać (gdyż w niej jest „życie”), używa jej na wiele sposobów w trakcie rytuałów ofiarniczych. W parszy Caw czytamy bardzo rozbudowany,  oraz, szczerze mówiąc, także dość obrzydliwy, rytuał uświęcenia Aharona i jego synów:

Mojżesz zabił go, potem wziął trochę jego krwi i pomazał nią zewnętrzną część prawego ucha Aarona oraz kciuk jego prawej ręki i duży palec prawej nogi. (24) Następnie kazał podejść do siebie synom Aarona, pomazał krwią zewnętrzną część ich prawych uszu, kciuki prawych rąk i duże palce ich prawych nóg. Resztę krwi rozlał dokoła ołtarza. [tłum. Biblia Warszawsko-Praska]

Po co mazać świeżą krwią uszy, ręce i stopy? Z pewnością jest to relikt wcześniejszych zwyczajów obecnych na tym terenie. Innym istotnym symbolicznie elementem jest ogień – wielokrotnie podkreślone jest, iż ma on zawsze płonąć na ołtarzu, nie wolno pozwolić, by kiedykolwiek zgasł. Nie trzeba nawet wyjaśniać, jak potężnym archetypem jest ogień.

Nie tylko w księdze wajikra spotykamy się dychotomią: święty-nieświęty oraz czysty-nieczysty. Szczególnie ciekawym jest słowo „święty” w języku hebrajskim. Rdzeń kadesz ma dwa główne znaczenia: „oddzielony” oraz „święty”. Coś, co jest święte musi być oddzielone od reszty, czynimy świętym przez oddzielenie. I tak, gdy Bóg wezwał Jirmejahu do służby prorockiej, powiedział mu, że jest on „uświęcony” – w sensie, że został on oddzielony od reszty ludzi by wykonywać specjalną, świętą misję. „Święty” nie musi oznaczać nadprzyrodzony bądź boski, wystarczy, że jest oddzielony by wypełnić specjalną misję, zadanie. I tak ”świętymi” są zwierzęta wydzielone ze stada na ofiarę (w przyszłości), świętymi są również wszystkie naczynia w Miszkanie (jak również i sam Miszkan), które nie stały się nimi automatycznie lecz jedynie poprzez rytuał: Mosze skropił i namaścił je oliwą i wyznaczył je jako święte – oddzielne od wszystkiego innego, przeznaczone do jednego celu.

Kolejną obsesją Tory, szczególnie księgi Wajikra, jest pojęcie czystości rytualnej i duchowej, czyli stan tahor (czystość, nieskalanie) i tame (nieczystość, skalanie). Pojęcia te oraz rytuały związane z nimi pozwalały nadać jakiś porządek chaosowi świata. Tabu wyznaczało granice i służyło kontroli lepiej niż policja konna. Trzeba było nie lada wiedzy, by wyznać się we wszystkich zasadach tego świata. Kapłani byli niezbędni by przywrócić osobnika ze świata tame z powrotem do stanu tahor.

Bardzo się cieszę, że nie żyję już w tamtym świecie… choć gdy się człowiek w nim urodzi i nie zna innego, to pewnie wydawało się to naturalne. Do dziś pozostały nam wspomnienia tamtych dni w kilku symbolicznych gestach i rytuałach – jak myciu rąk przed jedzeniem chleba, czy też zanurzeniu sie w mykwie po okresie mensturacji (nida).

Instrukcja obsługi kultu ofiarniczego

W tym tygodniu rozpoczęliśmy czytanie księgi Waikra, czyli Kapłańskiej. Jest to praktyczny przewodnik dla kapłanów i lewitów, i głównie opisuje wszelkie możliwe detale związane ze służbą świątynną.

Jest to dość „bezpieczna” księga i dlatego to właśnie od niej zaczyna się studiowanie Tory w wielu tradycyjnych szkołach. Nie ma tu za dużo przemocy, kazirodztwa, mordów, plag i wybijania całych mas ludzi przez niebiański ogień. Czysta technika – jakie ofiary, kiedy, jak, co trzeba zrobić… mało tu tekstu, który mógłby sprowokować do niewygodnych pytań.

Od dwóch tysięcy lat większość Żydów już nie wypełnia obowiązków ofiarniczych. Zastąpiliśmy je nauką o nich, modlitwami i gmilut chasadim – umiłowaniem dobroci, wspomaganiem potrzebujących. Myślę, że dla wielu współczesnych byłoby trudno, tak, jak jest mi trudno, wyobrazić sobie powrót do służby ofiarniczej… Wszystkie te zwierzęta mordowane, krew pryskana, mięso spalane… jakoś nie pasuje do współczesnej wrażliwości. Z resztą nie tylko współczesnych – już wiele stuleci temu niektórzy myśliciele (jak Rambam – Majmonides) nie bali się wyrazić opinii, że ofiary są już niepotrzebne. Bóg je nakazał, gdyż potrzebowali je ludzie w tamtych czasach – była to powszechna i jedyna znana forma służeniu bogom, i dlatego została ona zaanektowana i przekształcona w służbę JHWH. Modlitwy pojawiły się dość późno, a szczególnie w takiej formie, w jakiej je znamy dziś – uporządkowane, z ustalonym tekstem. Z pewnością wypowiadano jakieś pojedyncze słowa, spontanicznie proszono lub błagano. Błogosławieństwo kapłańskie było jedną z najstarszych formuł modlitewnych, a biblijna modlitwa Moszego o siostrę Miriam jest wyjątkowo krótka i w oczywisty sposób spontaniczna. Czasem nie warto wprowadzać rewolucji, szczególnie, gdy ludzie nie są na to gotowi. Czasem lepiej wykorzystać to, co już jest, w najlepszy sposób możliwy.

 

Rozliczenia duchownych

Dużo się obecnie słyszy o Funduszu Kościelnym i ogólnie o funduszach kościelnych. Cieszę się, że w końcu coś się z tym robi, bo to jest skandal, żeby świeckie państwo wypłacało tyle pieniędzy jednej religii. Innym problemem jest przejrzystość finansów Kościoła, czy raczej jej brak. Nikt nic nie wie… wielu ludzi religijnych z pewnością uważa, że nie wypada pytać duchownych, jak wydają powierzone im pieniądze. Sama prośba o taką informację mogłaby być odczytana jako oskarżenie o sprzeniewierzenie, i wywołać automatyczną reakcję emocjonalną: „jak to, nie ufasz mi?!”

Całe szczęście Biblia tworzy precedens: jak najbardziej duchowieństwo powinno się otwarcie rozliczać z powierzanych mu pieniędzy. I to od razu – bez pytania!

W parszy Pekude jasno to widzimy. Po zebraniu datków na budowę Miszkanu Mosze dokładnie podaje sumy zebrane i jak zostały wykorzystane (Wj 38, 21 –31). Czy ktokolwiek mógłby wątpić w uczciwość Moszego? Oczywiście, że nie. Tu nie chodzi o zaufanie, lecz o uczciwość. Osoby na stanowisku, szczególnie na pozycjach tzw zaufania społecznego, muszą same wychodzić z inicjatywą by wszystko działania były przejrzyste i jasne.

Nasza tradycja uczy nas, że kapłani, którzy wchodzili do skarbca Świątyni mieli specjalne stroje pozbawione wszelkich kieszeni – aby nikomu  nawet do głowy nie przyszło, że mógł on coś sobie przywłaszczyć. Trzeba unikać takich sytuacji, a najlepszym na to sposobem jest być otwartym na temat własnych wydatków.

 

Miszkan: gdzie skromny datek chętnego serca więcej wart niż najwspanialsze bogactwa Salomona (lub Watykanu)

współczesna makieta (1:1) Miszkanu

W parszach Wajakhel-Pekude wszystko kręci się wokół datków na budowę Miszkanu (oraz jego wykonanie). Bardzo istotnym jest jednak, i jest to podkreślone wielokrotnie, iż były to datki dobrowolne: Truma laJHWH kol nidiw libo – dar dla Boga od każdego, kogo zainspiruje jego serce. Co ciekawe, Tora również wielokrotnie podkreśla egalitarny charakter tych datków – zarówno kobiety, jak i mężczyźni chętnie przynosili dary. Robili to tak chętnie, iż w pewnym momencie trzeba ich było powstrzymać, gdyż nazbierało się za dużo.

Osobami wyznaczonymi przez Boga na głównych architektów projektu, byli Becalel (z plemienia Jehudy) i Oholiaw (z plemienia Dana). Becalel stał się symbolem pierwszego artysty i rzemieślnika, dzięki czemu najlepsza Akademia Sztuk Pięknych w Izraelu nosi właśnie jego imię.

Dzięki ochoczym darom i dobrowolnej pracy wszystkich ludzi, zaczęto stawiać Miszkan: zbudowano kolumny, utkano zasłony i przykrycia, zrobiono ołtarze (dwa: jeden zewnętrzny, duży i zrobiony z miedzi na ofiary całopalne, oraz mniejszy, złoty, w środku Miszkanu, na kadzidło), Arkę wraz z jej pokrywą oraz stół i Menorę. Przygotowano również dziedziniec otaczający Miszkan, którego ogrodzenie zrobione było z rozciągniętej tkaniny lnianej.

W parszy Pekude (w ten Szabat czytamy dwie parsze – Wajakhel i Pekude) wszystkie przygotowania owocują wystawieniem Miszkanu. Wszystkie sprzęty i przedmioty rytualne, w tym ubiór Aharona i kapłanów zostały przygotowane i sprawdzone przez Moszego. W końcu cały ten wysiłek został wynagrodzony: „Chmura przykryła Ohel Moed (Namiot Spotkań), a majestat Boga wypełnił Miszkan.

Kolejna makieta Miszkanu. Jak widać: skromny, lecz bogaty duchem.

Cały Miszkan wydaje się z dzisiejszego punktu widzenia czymś niewiele większym od kurnika… przyzwyczajeni do widoków ogromnych i ociekających złotem katedr i bazylik, trudno docenić piękno i kunszt wykonania Przybytku. Gdy pomyślimy o tym narodzie byłych niewolników, tkwiących gdzieś na pustyni, którzy po raz pierwszy budują coś dla siebie (a nie faraona), gdy po raz pierwszy mogą coś dać od siebie (bo wreszcie coś posiadają), gdy po raz pierwszy swoje zdolności i talenty używają dla wspólnego dobra (a nie pracy niewolniczej)… dopiero wtedy możemy w pełni pojąć znaczenie i wielkość tej budowli. Choć niewiele więcej, niż namiot z kozich skór, był czymś znacznie piękniejszym i wspanialszym, niż największe katedry: był wyznaniem miłości i wdzięczności. Przewyższał tym nawet Świątynię Salomona, zbudowaną rękami zniewolonych brańców i zmuszanych podwładnych, z wymuszonych podatków i grabieży wojennych. Lepszy już Miszkan – mały i skromny, lecz wybudowany z „inspiracji serca”, z dobrowolnych datków, w równości i z poszanowaniem dla różnorodnych talentów i zdolności.

Co daje większe świadectwo oddania wiernych?

To: , a może to: ? czy też może ta „kurna chata”? 

Jak to  mówią: rozmiar nie jest najważniejszy.

Tym samym zakończyliśmy studiowanie księgi Szemot.

!חזק חזק ונתחזק

Warto stanąć w obronie ludzi, nawet przeciwko samemu Bogu

Parsza Ki Tisa jest wyjątkowo napakowana wspaniałymi ideami i motywami. Trudno się zdecydować, o czym mówić… czy o grzechu Złotego Cielca? Czy o tabu liczenia ludzi, czy może o wykonaniu drugiego zestawu tablic?

Osobiście najbardziej ciągnie mnie do niesamowicie dramatycznej sceny, w której Mosze próbuje przekonać Boga, by ten nie zniszczył narodu. Cała Tora jest dość antropomorficzna, jednak to, w jaki sposób Bóg jest przedstawiony tutaj, przekracza typowe metafory. Bóg jawi się tu jak człowiek z ogromnym temperamentem, który nie jest w stanie kontrolować własnych odruchów, ale za to bardzo dba o to, co o nim powiedzą inni i jest wręcz próżny w dbałości o swój międzynarodowy wizerunek… muszę przyznać, że Mosze zdecydowanie lepiej się tu prezentuje. Jest tu prawdziwym prorokiem – odważnie sprzeciwia się niszczycielskiemu dekretowi Boga i używa wszelkich możliwych argumentów, by obronić ludzi przed boskim gniewem. Jest adwokatem, łapiącym Boga za słówka i nie ustępującym nawet na krok. Nasza tradycja uczy, że to właśnie Bóg popchnął Mosze do takiego działania, że gdy powiedział mu (Wj 32, 9 – 10), by Mosze poszedł na dół, do ludu, używa takiej formy, która brzmi, jak prośba: „Pozwól, by Mój gniew ich zniszczył…”, jak gdyby prosił Moszego o pozwolenie. Mosze odczytał to właściwie, że to od niego zależy czy Bóg faktycznie zniszczy naród, czy nie. Natychmiast rozpoczął wspaniałą mowę adwokacką, która zakończyła się powodzeniem: Bóg odstąpił od swego planu. Oczywiście nie było aż tak wspaniale – według dalszej części i tak zginęło wielu ludzi z rąk Lewitów w czystce (zemście? karze?)… sama nie wiem czy lepiej, by zginęli w cudowny sposób z rąk Boga (np strawieni przez ogień czy pochłonięci przez ziemię, jak to mamy w innych miejscach), czy z rąk braci i współplemieńców…

Na koniec mała uwaga co do samego grzechu Złotego Cielca. Ciekawym jest, że cały czas ludzie twierdzą, że jest to JHWH, nie używają żadnego obcego imienia boga (jak to się często działo w późniejszym czasie, np Baala). Niektórzy współcześni bibliści i historycy twierdzą, że ludzie wykorzystali to, co znali z przeszłości. W Egipcie znany był kult byka – Apisa, który często był przedstawiany z dyskiem słońca między rogami, gdzie był jak gdyby nośnikiem czegoś wyższego … co oznacza, że Izraelici mogli stworzyć cielca, między którego rogami „zasiadał” niewidzialny Bóg – JHWH. Pasowałoby to do jednego z tłumaczeń terminu awoda zara – „bałwochwalstwo”. Dosłownie można to przetłumaczyć albo jako „kult obcego [boga]” albo jako „kult obcy”, czyli służenie właściwemu Bogu, ale wykorzystując praktyki obce, należące do obcych bogów. Nie jest to jedyny moment, gdy istniało takie przemieszanie i zagubienie. Czytając księgę Szoftim również widzimy, że ludzie kupowali czy tworzyli posążki ze srebra i złota, lecz wciąż używali imienia JHWH jako Boga.

Pogadajmy o ciuchach

Niby się mówi, że „nie szata zdobi człowieka”, ale tak na prawdę dobrze wiemy, że szata czyni człowieka. Nie jesteśmy w stanie nie-oceniać kogoś na podstawie tego, jak wygląda. Ubranie wysyła nam wiele znaków – czym ich właściciel się zajmuje (czy jest to mundur? uniform? garnitur? fartuch?), jakiej jest płci, jakiej słucha muzyki, w jakim jest wieku, w jakim gronie lubi przebywać itd. Oczywiście zależnie od konkretnego przypadku, informacji takich może być więcej lub mniej… Ale ubranie równocześnie zakrywa i odkrywa. Bez względu na naszą płeć, zamożność czy wiek, lubimy się ubierać w ciuchy, które odzwierciedlają to, czym i jak się czujemy. Szczególnie, gdy pojawiają się możliwości wyboru (jak w dzisiejszych czasach). Ubranie może wywoływać wiele emocji – od zazdrości, podziwu, przez obrzydzenie i pogardę do strachu i przerażenia. Wszystko zależnie od kulturowej symboliki i znaczenia im przypisanym

Parsza w tym tygodniu spędza bardzo dużo czasu opisując z wyjątkowymi szczegółami ubiór kapłanów. Szczególnie strój Aharona był wielce wyszukany. Przez kilka stron czytamy dokładne opisy tunik, pasów, nakryć głowy… a później cudownego napierśnika, który to Kohen Gadol miał nosić, pokrytego kamieniami szlachetnymi symbolizującymi dwanaście plemion Israela, z Urim weTumim, które nikt tak na prawdę nie wie dokładnie czym były. Wiemy, że miały służyć do komunikacji z Bogiem… Brzmi trochę jak sci-fy, ale tak podaje nasza tradycja.

Tora dokładnie też opisuje moment wyświęcenia nowych kapłanów, cały proces obejmował rytualne oczyszczenie, namaszczenie olejem oraz uroczyste nałożenie szat. Israel nie miał wtedy władcy innego niż Bóg, kapłani byli najbardziej majestatyczni w swym wyglądzie i na pewno wzbudzali podziw i bojaźń. Nawet Mosze nie miał żadnego specjalnego stroju podkreślającego jego pozycję.

Ubiór kapłanów przypomina mi średniowieczne kościoły… potężne, ogromne, wywołujące respekt i bojaźń przed tym co reprezentują – straszliwego Boga wraz z jego żołnierzami. Stąd stroje duchowieństwa (im wyższa ranga tym bardziej) też były zawsze wyjątkowo drogie i wspaniałe (aż nadejście mnichów-żebraków zerwało z tą tradycją) mające głęboko wpłynąć na każdego, kogo spotkają.

Ludzie lubią ceremoniały, rytuały, stroje, symbole… szczególnie w religii, która nie ma fizycznego boga, są one bardzo potrzebne. Tora przeznacza ogrom czasu i miejsca na szczegółowe opisy wyglądu Miszkanu, skomplikowanych rytuałów ofiarniczych , oczyszczających czy świątecznych. Od tego czasu judaizm rabiniczny jeszcze bardziej rozwinął te codzienne rytuały (z braku świątynnych), od właściwego sposobu mycia rąk rano czy przed jedzeniem chleba, przez różne błogosławieństwa, modlitwy i ceremoniały czytania i studiowania Tory, do ubrań pasujących do różnych okazji (nie tak szczegółowo, raczej ogólne opisy co jest właściwe , skromne bądź świąteczne na konkretne okazje). Rytuały i zasady wyznaczające naszą codzienną fizyczność bardzo ułatwiają codzienne życie. Sama zrezygnowałam z większości rytuałów, które kiedyś bardzo dokładnie przestrzegałam… I wiem, że gdy je miałam było jakby łatwiej, człowiek nie musiał kombinować, zastanawiać się… wiedziałam, że w tej sytuacji trzeba zrobić to, i już. Brak rytuału wprowadza niepokój i niepewność, ale mi to odpowiada. Rozumiem jednak, gdy inni lubią, gdy prawie każda ich chwila ma podtekst, symbolikę, odpowiedni gest i rytuał jej towarzyszący.